poniedziałek, 8 sierpnia 2022

PROLOG - Pozostań złota (cz1)

 

PROLOG

Pozostań złota (cz1)

 

 

Kiedy ojciec skuł go kajdankami, skroń Carsona Steele’a uderzyła w róg ściany przy lodówce. Stało się to tak szybko, że pomimo wszystkich razów, kiedy to się wydarzyło, a było ich wiele, nadal nie był przygotowany. Więc jego ręka podniosła się za późno, by odwinąć się za kant, by złagodzić cios, gdy ostry ból przeniósł się z jego skroni przez prawe oko do szczęki.

Podwajając to, jego lewa kość policzkowa bolała od wbijającego się w nią grzbietu dłoni ojca.

- Śmieci, cholernie śmierdzą! - wrzasnął jego ojciec – Po co jesteś, chłopcze? Jesteś do niczego?

Carson nauczył się nie odpowiadać. Wszystko, co powiedział, pogarszało sprawę. Mógł się bronić i dostać kopa w tyłek.

Mógłby przeprosić i skopano by mu tyłek.

Problem polegał na tym, że mógł milczeć i też dostałby kopa w tyłek.

Ale jego tata miał w domu kobietę i chociaż oboje byli mordowani na piwie i wódce, jeśli jego tata miał kobietę (co robił zaskakująco często, niezależnie od tego, że był obłędem i nie tylko dla Carsona), jego ojciec miałby inne sprawy na głowie. To był powód, dla którego Carson nie był przygotowany na to, że jego tata rzuci się na niego.

Kiedy odwrócił się od ściany, wciąż trzymając się krawędzi i walcząc z bólem, i spojrzał w oczy swojego staruszka, jego tata tylko wymamrotał - Gówno. Do niczego. Do cholery, zrób coś wartościowego w swoim żałosnym życiu, wyrzuć jebane śmieci.

Potem podszedł do lodówki, otworzył ją, złapał sześciopak, zatrzasnął i wybiegł.

Carson poszedł do kosza.

Był w jednej trzeciej pełen.

Jego ojciec miał rację. To śmierdziało. Carson nie miał pojęcia, co mężczyzna tam wrzucił, ale cokolwiek to było, pachniało zabójczo.

To samo wydarzyło się jednak w zeszłym tygodniu. Śmieci nie były w połowie pełne, jego tata wrzucił coś, co śmierdziało do nieba i, nie mogąc znieść smrodu, Carson wyjął to.

W chwili, gdy wrócił, został uderzony otwartą dłonią w twarz, ponieważ - Nie mamy pieprzonych pieniędzy do wyrzucenia, ty kupo gówna! Nie jestem milionerem, którego stać na pięćdziesiąt worków na śmieci tygodniowo, do cholery! Poczekaj, aż będzie cholernie pełny!

Nie mógł wygrać przegranej sprawy.

Carsonowi to nie przeszkadzało. Miał dobrą pamięć, co było do dupy, biorąc pod uwagę, że każdy z nich nie był tym, którego chciałby pamiętać.

Był przyzwyczajony do przegrywania.

Wyniósł śmieci na ulicę i wrzucił je do śmietnika. Kiedy opuszczał wieko, zobaczył swojego sąsiada podjeżdżającego swoim pickupem.

Mężczyzna opuścił okno i zatrzymał się.

- Hej, Car, jak leci, kolego? - zapytał Linus Washington.

Potem oczy Linusa zwęziły się na twarzy Carsona.

Linus był dużym, czarnym facetem, który mieszkał obok nich przez ostatnie trzy lata. Dobry facet, seryjny randkowicz, ale przez ostatni rok miał stałą kobietę. Carson ją lubił. Była ładna, miała gorące ciało, ale najbardziej podobał mu się sposób, w jaki patrzyła na Linusa. Jakby mógł zrobić wszystko. Jakby poszedł nad Ocean Spokojny, podniósł ramiona i rozłożył je szeroko, a się morze by rozstąpiło.

Tak, właśnie to lubił w niej najbardziej.

Jakiś czas temu Linus zgiął kolano, ale Carson wiedział o tym tylko dlatego, że jego tata powiedział mu, że przyjęła pierścionek, a potem powiedział - Głupek. Przywiązywanie swojego gówna do kobiety. Najgłupsza rzecz, jaką możesz zrobić, chłopcze, związać swoje gówno z kobietą. Naucz się tego teraz, ocali ci to bólu świata.

Zrozumiał to, co pochodziło od jego taty. Mama Carsona była piękna. Widział zdjęcia. To był jedyny sposób, w jaki jego matka była w jego życiu. Wypchany w kopercie pełnej zdjęć z tyłu szafki nocnej ojca. Zdjęcia tylko jej, uśmiechniętej i wyglądającej cudownie. Zdjęcia jej i jego taty, oboje uśmiechnięci, wyglądający na szczęśliwych.

Odeszła, zanim Carson zdążył się raczkować. Nie pamiętał jej. Jego ojciec nigdy o niej nie mówił, z wyjątkiem ciągłych obelg, które mówił o kobietach, o których Carson wiedział, że były skierowane przeciwko niej.

Wiedział też, że lepiej nie pytać.

I na koniec wiedział, że zostawiła swoje dziecko, zanim jeszcze nauczyło się wymawiać słowo mama.

Mógłby to zrozumieć, jeśli jego stary walił ją tak jak Carsona.

Również tego nie rozumiał.

Zupełnie nie.

– Jakoś, Lie – mruknął Carson, pochylając podbródek i odwracając się do ich tylnej bramy.

- Chcesz wpaść, wziąć colę, obejrzeć mecz?

Linus zawołał, zanim Carson zdążył odwrócić się od niego i ich rozmowy.

- Mam gówno do zrobienia - mruczał Carson, kierując się w stronę bramy.

- Kumpel! – wrzasnął Linus.

Carson wciągnął powietrze i odwrócił się.

- Za każdym razem, gdy zechcesz wejść i powisieć, moje drzwi są otwarte. Tak? - Linus powtarzał to, co często mówił wcześniej.

– Tak – mruczał Carson, wiedząc, że się tym zajmie, jak to robił setki razy, odkąd mężczyzna przeprowadził się do sąsiedniego domu.

To po prostu nie byłby jeden z takich momentów. Nie podszedł po tym, jak jego tata na niego rzucił. A powód, dla którego tego nie zrobił, był właśnie wtedy wypisany na twarzy Linusa.

Linus rzucał mu spojrzenie, które Carson odczytał. Doskonalił swoje umiejętności w odczytywaniu emocji ludzi, zaczął to robić w chwili, gdy mógł sobie wyobrazić. Gdyby tego nie robił, miałby o wiele gorzej ze swoim starym.

Znacznie gorzej.

Ale wyraz twarzy Linusa mówił, że nie wiedział, czy chce wysiąść z auta i przytulić Carsona, czy też wysiąść, wbiec do domu Carsona i skopać tyłek jego ojcu.

Czasami śniło mu się, że Linus skopał tyłek tacie.

Mężczyzna był dobrze zbudowany. Był wysoki. Wytarłby podłogę Jeffersonem Steele’em.

Ale przez większość czasu marzył o zrobieniu tego sam.

Nie zrobił tego, ponieważ jego tata go karmił. Trzymał dach nad jego głową. Ubierał go. Dawał miejsce di życia.

Gdyby tego nie robił, wszystko byłoby inaczej.

Ale nie chciał narażać Linusa na tę katastrofę. Linus był dobrym człowiekiem. Gdyby  powalił jego tatę, ten nie cofnąłby się przed niczym, by umieścić Linusa w świecie bólu w jakikolwiek sposób.

Linus tego nie potrzebował. Kobieta, która patrzyła na niego, jakby mógł przenosić góry, nie potrzebowała tego. A Linus nie musiał dawać tego kobiecie, na którą patrzył, jakby pierwszy dzień, w którym ją zobaczył, był dniem, w którym dla niego nastał świt.

- Uważaj na siebie, Car - powiedział cicho Linus.

Carson skinął głową i przeszedł przez bramę, unosząc za siebie rękę, tak jak to robił w kiepskim pożegnaniu.

Pożegnanie było kiepskie. On był kiepski. Słaby. Żałosny. Z własnej woli oddalił się od Linusa w brudną, śmierdzącą dziurę, w której nie było nic poza bólem, przemocą i zaniedbaniem.

Wszedł w tylne drzwi i natychmiast to usłyszał. Pomruki ojca. Kobieta, którą przyprowadził do domu, skomląca przez każdy z nich.

Nie ten dobry rodzaj skomlenia, ten bolesny.

Była sucha.

Jak, do cholery, jego ojciec mógł zaliczyć tyle przyprowadzanych do domu i nie nauczyć się tego, Carson nie miał pojęcia.

Wiedział tylko, że mężczyzna był przystojny. Zarabiał przyzwoite pieniądze. Mógłby być czarodziejem.

Ale przede wszystkim był świrem i ukrywał to tylko na tyle długo, by zaliczyć. Dlatego żadna z kobiet nie została w pobliżu.

Myślał, że rozmawiali. Kobiety robiły to gówno.

Ale najwyraźniej, jeśli chodzi o jego tatę, nie robili tego.

A może jego tata był po prostu dobrym graczem.

Poruszając się szybko po domu, unikając zbliżania się do salonu, gdzie jego tata pieprzył jakąś sukę na kanapie, skierował się do swojego pokoju.

Miał szesnaście lat, ale miał już cztery dziewczyny. Pierwsza brzmiała jak kobieta, którą jego ojciec właśnie pompował na kanapie. Te bolesne jęki.

Nie było dobrze, cholernie sucho. Skończył, ale nie było dobrze.

A naprawdę to nie było dobre dla niej.

Z drugą nauczył się, że jeśli pocałuje ją chwilę, a potem zwróci uwagę na jej cycki, tam na dole będzie o wiele lepiej. Mokro i gorąco. Słodko. I to było dalekie od nieprzyjemnego: obmacywanie i bawienie się sutkami dziewczyny. On dokończył, ona nie, ale jęki, które dostawał, kiedy ją robił, były zupełnie innego rodzaju.

Numer trzy była tą, z którą to znalazł. Pokazała mu. Przygotował ją. Skończył. Ale kiedy skończył, ona nie skończyła, a chciała. Więc wzięła jego rękę i przycisnęła palec do swojej łechtaczki i poruszała nim, jęcząc, wijąc się i… kurwa. Tak cholernie gorąco, że prawie znowu doszedł na jej nogę, obserwując ją. W końcu Carson wyciągnął ją z jej pomocą i patrzył, myśląc, że to jest piękne.

Cud.

Więc numer cztery dostała to wszystko. Po tym, jak obściskiwał się z nią przez wieki, robił gówno z jej cyckami i zmoczył ją dla siebie, pieprzył ją, gdy pracował z jej łechtaczką, a ona oszalała. To było wspaniałe. Tak dobre, że chciał spróbować innego gówna, używając ust, języka, rąk, by zobaczyć, co to przyniesie.

Pozwoliła mu i rezultaty były spektakularne.

Ale po tym, jak jej to dał, zaczęła się go czepiać, dzwoniła i kręciła się, a jego tata gadał mu pierdoły, ale nie dobre, podłe, w rodzaju mój-mały-chłopczyk-staje-się-mężczyzną.

Złośliwe. Jak palant, jakim był.

Więc nawet jeśli Carson ją lubił, dobrze się z nią bawił i to nie tylko wtedy, gdy z nią to robił, to ją odstrzelił. Nie potrzebował tego gówna.

I słysząc jęki i pomruki ojca, które nasilały się coraz szybciej, a także bolesne krzyki i „Jeff, poczekaj chwilę, kochanie”, zdecydował, że też nie potrzebuje tego gówna.

Aby szybko uciec, chwycił to, czego potrzebował, otworzył okno, wyszedł i wystartował.

Carson Steele dużo chodził, odkąd jego ojciec z jakiegoś powodu dostał pierdolca, wrzucił rower Carsona do śmietnika i pobił go, żeby wiedział, że nie powinien wychodzić i go odzyskać.

Teraz Carson miał pracę. Oszczędzał na samochód. Nie obchodziło go, jak byłby poobijany. W chwili, gdy będzie mógł sobie na niego pozwolić, zamierzał go kupić.

Pierwszy krok do wolności.

Również by go naprawił. Linus był mechanikiem i czasami, gdy Carson był w domu Linusa, pomagał Linusowi w jego garażu, używając narzędzi Linusa, gdy Linus majstrował przy starym Trans Am, którego naprawiał do sprzedaży. Patrzył, Linus pokazywał mu różne rzeczy, pozwalał mu robić różne rzeczy, uczył się.

Właśnie dlatego Carson poszedł tam, gdzie poszedł. Poruszając się ulicami w mieszkalnej dzielnicy Englewood w stanie Kolorado, znalazł Broadway i poszedł na północ. Przecznica po przecznicy. Widział to z daleka: jego cel. Na maszcie flaga amerykańska. Biała flaga pod nią z insygniami i słowami wokół niej: Wiatr, Ogień, Jazda i Wolność (Wind, Fire, Ride, Free).

Jego miejsce, nawet jeśli nie było jego. Nadal tak było.

Jedyne miejsce, w którym czuł się dobrze, nawet stojąc za ogrodzeniem.

Podszedł więc prosto do niego i zatrzymał się, gdy dotarł do końca ogrodzenia.

Stał tam. Oparł się z jednej strony, wyciągnął szyję i spojrzał na dziedziniec Ride. To był sklep z artykułami samochodowymi od frontu na ulicy, ale mieli warsztat z tyłu.

A dzień się polepszył, mimo że Carson wpadł w ziejącą otchłań piekła.

To dlatego, że fajny facet z ciemnymi włosami i kozią bródką pracował w jednej z zatok.

I robił to z synem u boku.

Najlepsze.

I najgorsze.

Ponieważ Carson spędzał dużo czasu na patrzeniu, widział już tego faceta – i innych, wszystkich członków Chaos Motorcycle Club – w okolicy Ride, sklepu i warsztatu z niestandardowymi samochodami i motocyklami z tyłu, których wszyscy byli właścicielami i je prowadzili.

Najlepsze i najgorsze chwile to było obserwowanie faceta z kozią bródką z jego chłopcem.

Jego dziecko musiało być w wieku Carsona. Wyglądał jak jego staruszek, tak jak Carson wyglądał jak jego.

Ale Carson założyłby się o trzysta pięćdziesiąt osiem dolarów, które zaoszczędził, że dzieciak, którego obserwował, był z tego dumny, podczas gdy Carson absolutnie nie był.

Widział, jak uśmiechali się do siebie, często to robili, a Carson nie mógł sobie przypomnieć ani razu, kiedy uśmiechnął się do swojego starego.

I widział, jak facet z kozią bródką śmiał się z czegoś, co powiedział jego dzieciak. Albo uderzyłby go w ramię w sposób, który nie był złośliwy. Albo, co najlepsze, chwyciłby go za bok lub tył szyi i przyciągnął do siebie, kołysząc nim.

To był uścisk. Motocyklista przytulał swojego chłopaka. Carson wiedział o tym, chociaż nigdy czegoś takiego nie czuł. Dzieciak zrobił coś, co lubił jego ojciec. Albo sprawił, że był dumny. A może po prostu dlatego, że spojrzał na syna i nie mógł powstrzymać się przed okazaniem mu trochę miłości.

W tym momencie byli pochyleni nad silnikiem samochodu z maską, po jednym z każdej strony, robiąc gówno. Co jakiś czas patrzyli na siebie i coś mówili. Albo uśmiechali się. Albo śmiali się.

Carson patrzył przez długi czas. Dopóki nie wyszli i przeszli przez warsztat, znikając w jego ciemnych czeluściach.

Prawdopodobnie pojechali do jakiegoś domu, który według Carsona był czysty i ładny, a może nawet dobrze urządzony. Zjedliby razem kolację. Może z tą ładną ciemnowłosą dziewczyną, którą również widywał w pobliżu, która mogła być nikim innym jak córką tego faceta i siostrą tego dzieciaka.

Wracali do domu i jedli kolację, a ten facet pytał syna, czy odrobił pracę domową. Obsypałby go bzdurami o dziewczynach, z którymi się spotykał. Dobrego rodzaju bzdurami. Mój-chłopak-staje-się-mężczyzną-i-lubię-jak-to-się-dzieje.

Takiego rodzaju, jakiego Carson nigdy nie miał.

Z tą myślą wystartował. Szedł dalej. Znalazł miejsce i wyciągnął książkę z tyłu dżinsów, gdzie ją wepchnął i wyjął ogryzki ołówków z kieszeni. Usiadł plecami do drzewa w parku, z tyłkiem przypartym do ziemi i przekartkował.

Szkice.

Jego.

Rysunki buldoga Linusa, Ruffa. Carson kochał tego psa. Wyglądał jak bokser, sposób, w jaki się kołysał, był całkowicie przezabawny, ale zawsze wyglądał, jakby się uśmiechał. I uśmiechałby się, za miłość, którą Linus go obsypywał.

Były też rysunki domu pani Heely.

Mieszkała po drugiej stronie ulicy, jeden dom dalej od Carsona i jego taty. Na maszcie miała amerykańską flagę, wycelowaną wysoko, ale przyczepioną pod skosem do domu na górze jej frontowych drzwi, z postrzępionymi krawędziami.

Za pieniądze kosił jej trawnik. On też robił dla niej gówno po domu, bo jej syn, jej jedyne dziecko przepadł, podobnie jak jej staruszek, więc nie miała nikogo, kto by to zrobił.

Była wielką starą babą. Robiła mu ciasteczka. Zauważała, kiedy był młodszy i samotny, że jego tata hulał i przynosiła mu talerz z jedzeniem, ciepłym jedzeniem, dobrym jedzeniem, z warzywami i wszystkim. Siedziała z nim, gdy jadł, kazała mu jeść warzywa i oglądać z nią Koło Fortuny i inne gówniane, zanim usłyszała samochód jego ojca na podjeździe. Potem przyłożyła palec do ust, mrugnęła, złapała jego brudny talerz i wymknęła się tylnymi drzwiami.

Pytał o tę flagę. Powiedziała, że dali ją jej na pogrzebie po śmierci jej syna „gdzieś tam”. Zawiesiła ją i tak pozostała, wiatr, deszcz, śnieg, słońce.

Powiedziała Carsonowi, że nigdy jej nie usunie. Będzie tam latać, dopóki nie umrze. Nie obchodziło ją, jak bardzo się poszarpała. Pobita i zużyta. Wyblakła.

– Wiesz, on też by to zrobił, gdyby mógł żyć swoim życiem – powiedziała - Wiek ci to robi. Wszystko, co mam, to ta flaga, Carson. Nie mogłam patrzeć, jak jest mężczyzną. Czyni swoje życie. Starzeje się. Więc będę patrzeć, jak ta flaga to robi.

Po tym, jak mu to powiedziała, Carson pomyślał, że ta flaga jest może najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział.

Więc to narysował.

Dziesięć razy.

Przewrócił stronę i na to, co zobaczył, ścisnęło mu się gardło.

Flaga może być najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział, ale na tej stronie była najpiękniejsza osoba, jaką kiedykolwiek widział.

Carissa Teodoro. Cheerleaderka. Umawiała się z rozgrywającym.

Długie złotobrązowe loki w kolorze miodu, ciepłe ciemnobrązowe oczy, słodkie cycuszki, wąska talia, długie nogi, tyłeczek w kształcie serca. Wiedział to. Widział go w jej majtkach cheerleaderek, kiedy robiła przewrót.

Złota dziewczyna.

Połowa złotej pary.

Szkoda, że jej chłopak, Aaron Neiland, był totalnym dupkiem.

Facet był przystojny, a jego tata był dziany, więc Carson to rozumiał.

Ale nadal był gnojkiem.

Carissa nie. Uśmiechała się do niego na korytarzach. Uśmiechała się do wszystkich. Była miła. Wszyscy ją lubili.

Carson też. Carson chciał sprawić, żeby jęknęła.

Chciał też ją rozśmieszać. By odrzucała głowę do tyłu i śmiała się naprawdę mocno, tak jak widywał ją czasami podczas lunchu. Albo na meczach. Albo na korytarzu. Albo kiedykolwiek.

Dużo się śmiała.

Cieszył się, że to robiła.

Ładne dziewczyny takie jak ona, które mogły być sukami, ale nie były, zasługiwały na śmiech.

Przewrócił stronę w notesie wypełnionym rysunkami. Rysunki rzeczy, które Carson uważał za piękne. Rzeczy, które sprawiały, że Carson uśmiechał się w środku, w jedynym miejscu, w którym sobie na to pozwalał. Rzeczy, które dawały mu odrobinę spokoju.

I narysował faceta z kozią bródką z synem pracujących przy samochodzie.

Dopiero po zakończeniu – a był pewien, że jego tata albo padł, albo był w przyzwoitym humorze, bo miał szczęście – wrócił do domu.

1 komentarz: