Rozdział
2
Wszystko,
czego pragnę
Carissa
„Aaron,
naprawdę, złapałam gumę” - starałam się nie brzmieć, jakbym błagała. Błaganie
nie było przyjemne.
Ale
słyszał, jak błagałam, a ja nauczyłam się, że błaganie nie działało.
„Przyprowadź
Travisa do mojego domu za czterdzieści pięć minut, albo będziemy mieć problemy,
Carisso” – powiedział mi do ucha Aaron i rozłączył się.
Stałam
tam w brudnej trawie na poboczu, patrząc w dół na telefon, z moim synkiem przy
biodrze, mając przed sobą pełzający w godzinach szczytu ruch uliczny Denver na
I-25 – wraz z moją starą, brzydką, zużytą, wciąż przeważnie czerwoną Toyota
Tercel z przebitą oponą.
Aaron,
mój były mąż, jeździł czarnym lexusem.
Aaron,
mój były mąż, również właśnie odmówił mi przyjazdu i pomocy w wymianie
przebitej opony, mimo że miałam ze sobą syna i jechałam głupią międzystanową w
ruchu w godzinach szczytu.
Nie
mogłam w to uwierzyć.
Powinnam
w to wierzyć, ale, z naszą historią, z tym wszystkim, co zrobił, na co
przymykałam oko, w końcu nie mogłam.
Nic
nie powinno mnie zaskakiwać. I trzymałam się cienkiej nici nadziei, że nadal
tak było. Że mogłabym być zaskoczona. Że nie straciłam tej zdolności. Że nadal
wierzyłam, że ludzie mogą być przyzwoici. Nawet Aaron.
Nienawidziłam
tego przyznać, ale pomyślałam, że wkrótce stracę zdolność wierzenia, że Aaron
mógłby być przyzwoity. Zwłaszcza po tym, jak się rozłączył.
Nie
mogłam się nad tym zastanawiać.
Warga
mi drżała i przygryzłam ją, żeby to powstrzymać, ale nie starałam się zbytnio
powstrzymywać łez, gdy wpatrywałam się w mój samochód.
Przez
ostatnie półtora roku dużo płakałam. I przyznam, że bez względu na to, co mnie do
tego zmusiło, często płakałam, próbując postawić na swoim. To zawsze działało z
moim tatą. Przez długi czas działało z Aaronem.
Półtora
roku temu przestało działać. Przynajmniej z Aaronem.
Ale
musiałam płakać. Miałam ze sobą mojego małego chłopca, z jego małą piąstką okręconą
platynowym łańcuszkiem, który mój tata dał mi na Boże Narodzenie po śmierci
mamy, a drugą ręką uderzającą mnie w ramię, całkowicie nieświadomego (dzięki
Bogu) naszej tragicznej sytuacji. Nie wiedziałam, co z nim zrobić, jeśli sama
spróbuję zmienić oponę. Nie sądziłam, że zostawienie go w samochodzie było
bezpieczne. Ruch był niewielki, ale nadal byłam na ruchliwej autostradzie.
A
jeśli coś się stanie?
Zaniepokoiłam
się, przygryzłam wargę i mrugnęłam, odpędzając łzy, gdy przeglądałam swoje
opcje.
Mój
tata był w Nebrasce opiekując się moją babcią. On oczywiście nie mógł przyjść i
pomóc.
Nie
potrzebował też dodatkowych dowodów na to, że popełniłam ohydny błąd, spędzając
dziesięć lat życia u boku Aarona Neilanda, w końcu przyjmując jego obrączkę,
jego przysięgę honorowania mnie w chorobie i zdrowiu, dopóki śmierć nas nie
rozłączy (same kłamstwa, oczywiście). Wszystko to, zanim znalazłam się w ciąży
z dzieckiem Aarona, podczas gdy on mnie zdradzał (znowu), tym razem z modelką. Wtedy ja się z nim skonfrontowałam, po
czym Aaron powiedział mi, że skończyliśmy i że poślubia swoją modelkę.
Nie,
tato tego nie potrzebował.
Co
więcej, nie miałam żadnych przyjaciół. Nigdy tak naprawdę nie miałam
prawdziwych przyjaciół, ale nie wiedziałam o tym, dopóki nie okazało się to
prawdą, kiedy Aaron i ja się rozstaliśmy i oni (wszyscy) poszli z Aaronem.
A
nie miałam czasu na robienie nowych. Urodziłam dziecko. Miałam pracę na pełen
etat jako sprzedawca w sklepie spożywczym. I miałam byłego męża, który był
prawnikiem, który wraz ze swoim ojcem i wszystkimi jego kolegami, jak się
wydawało, uczynił swoją misją uczynienie mojego życia żałosnym.
Odnosił
sukces.
Wiedziałam,
czego chciał. Chciał, żebym odsunęła się na bok, dała mu mojego syna, żeby on i
Tory mogli wychować Travisa, a Aaron
mógł zapomnieć, że złamał mi serce, roztrzaskał moją duszę, zniszczył moje
marzenie i zrujnował moje życie.
Aaron
nie lubił wspomnień o swoich niepowodzeniach. Ponieważ jego ojciec był
prowadzony i prowadził Aarona, mój były mąż starał się nie zawieść. Ale gdyby
zdarzył się ten rzadki przypadek, zacierał wszelkie wspomnienia, by nie mieć w
swoim życiu żadnych oznak, że był mniej niż doskonały.
Byłam
skazą. Byłam porażką. Musiałam odejść.
Nie
zamierzałam odejść.
Po
prostu nie wiedziałam, jak to zrobię. Po rozwodzie otrzymałam ugodę (o której
teraz wiedziałam, że była tak mała, że to był żart) i alimenty na dziecko
(ponieważ dochód Aarona był znacznie wyższy niż mój) i prawie pełną opiekę nad
Travisem (ponieważ wtedy miał zaledwie dwa miesiące).
To
było dobre.
Było
dobre, dopóki Aaron nie zabrał mnie z powrotem do sądu i nie uczynił tego złym.
Ponieważ Aaron urodził się w sieci starych dobrych chłopców w świecie
prawniczym Denver (jego ojciec był sędzią), udało mu się zdobyć (lub wymusić)
częściową opiekę nad dzieckiem i obniżyć alimenty.
Potem
zabrał mnie z powrotem do sądu i zdobył połowę opieki bez alimentów.
Byliśmy
oficjalnie rozwiedzeni od sześciu miesięcy, wyrok przeszedł dwa miesiące po
tym, jak urodziłam naszego syna (sama, ponieważ tata jechał z Nebraski, a
Travis szybko wyszedł). W tym czasie byłam w sądzie dwa razy i wiedziałam, że
Aaron szukał wszystkiego, cokolwiek mógłby wykorzystać, by udowodnić, że nie
nadaję się do opiekowania się Travisem lub że złamałam nasz układ, żeby mógł mnie
wpakować (bardziej) w kłopoty.
Już
dawno skończyły mi się pieniądze na prawnika. Tata wysłał trochę, ale przestałam
prosić przez drugą podróż do sądu. Martwił się o mnie. Był wszystkim, co mi
zostało (oprócz Travisa), ale jedyne, o czym mogłam myśleć, to to, że Travis i
ja też byliśmy wszystkim, co jemu zostało i że przeszedł już dość. Nie mogłam
go przez to ciągnąć ze sobą.
Mogłabym
jednak pozyskać nowego adwokata.
Ten,
którego miałam, był drogi i omówiliśmy różne rzeczy, zanim musiałam go opuścić.
Było jasne, że martwił się o swoją zdolność do obrony mnie, biorąc pod uwagę
siłę ognia za plecami Aarona.
Ale
kiedy błagałam (i dobrze, płakałam), mój adwokat powiedział mi, że mogę go spłacać
na raty.
Jednak
te tylko rosły (wciąż je spłacałam). Nie było mnie stać na więcej. Potrzebowałam
nowego samochodu. W końcu będę potrzebowała mieszkania z więcej niż jedną
sypialnią, a najlepiej takiego, które znajdowałoby się w znacznie lepszej okolicy. Musiałam znaleźć czas i pieniądze, żeby
pójść do szkoły urody, żeby nauczyć się czesać. Byłam dobra we włosach. Miałam
naturalny talent. Spędziłam dużo czasu, próbując dowiedzieć się, w czym jestem
dobra, co mogę zrobić, i to była jedyna rzecz.
A
styliści w fajnych salonach zdobywali ogromne napiwki.
Potrzebowałam
ogromnych napiwków.
Potrzebowałam
prawie wszystkiego.
Więc
próbowałam znaleźć tańszego adwokata.
Niewielu
było chętnych, by się zmierzyć z tym dla mnie (obawiałam się, że to też robił
Aaron i jego ojciec), ale znalazłam jednego. I byłby naprawdę tańszy, gdybym, według jego słów z tym tłustym uśmiechem
na twarzy, padła na kolana (wielokrotnie), podczas gdy on walczyłby dla mnie z
Aaronem.
Nie
potrzebowałam, żeby wyjaśniał, co oznacza padanie na kolana. Nie musiałam też
tłumaczyć ustnie, dlaczego wstałam z fotela w jego biurze i wyszłam.
Więc
mogłam znaleźć nowego prawnika, po prostu nie podobał mi się sposób, w jaki
chciał, żebym płaciła mu honorarium.
Ale
w tym momencie najbardziej potrzebowałam zmienić oponę, wrócić na trasę,
zawieźć syna do ojca, zanim będzie za późno, a Aaron zapisał to na liście
rzeczy, których można użyć, aby jego była żona straciła prawo do opieki syna i
mieć nadzieję, że odejdzie na dobre. Potem musiałam wymyślić, jak naprawić
oponę lub jak zapłacić za nową, a na koniec udać się na wieczorną zmianę w
sklepie.
Miałam
właśnie wsadzić moje dziecko do samochodu i mieć nadzieję, że nikt nie uderzy
mnie ani mojego pojazdu.
Nie
miałam o tym dobrych myśli. W życiu nie miałam dużo szczęścia.
Część
mojego pecha była poza moją kontrolą.
Aaron
nie był.
To
było na mnie.
To
była moja wina.
I
to było duże.
Spojrzałam
na maleńką buzię Travisa z jego dużymi, pulchnymi policzkami i roztańczonymi
oczami, które zrobiły się brązowe, tak jak moje, jak jego dziadka, a on
wybełkotał na mnie, jego małe czerwone usta mokre i wygięte, jego mała pięść
uderzała mnie w ramię.
Okej,
więc Aaron nie był totalnym błędem. Dał mi Travisa.
„Nic
nam nie będzie” – powiedziałem mojemu chłopcu, ściskając go.
„Ga-go-gu”
– odpowiedział.
Uśmiechnęłam
się - „Mamusia umie to zrobić”.
„Goo,
goo, gah” - uderzył pięścią i przekręcił mój naszyjnik, przyciągając go mocno
do szyi.
Uśmiechnęłam
się szerzej, chociaż wciąż chciałam płakać i ruszyłam w stronę samochodu.
Potem
usłyszałam głośny hałas, który stał się głośniejszy, ponieważ był coraz bliżej.
Zatrzymałam
się i odwróciłam głowę na bok.
Wtedy
zamarłam.
Zamarłam,
bo zobaczyłam jednego z tych motocyklistów na jego wielkim, głośnym motocyklu
jadącym w moją stronę.
I
nie był jednym z tych rekreacyjnych motocyklistów. Wiedziałam to na pierwszy rzut
oka. Jego czarne włosy były bardzo długie, zbyt długie i dzikie. Na twarzy miał
pełną czarną brodę. Była przycięta, ale niewystarczająco przycięta (jak w
przypadku braku brody). Miał czarne okulary przeciwsłoneczne, które zasłaniały
mu oczy, okulary, które sprawiały, że wyglądał złowrogo (jakimi, w moim
mniemaniu, motocykliści byli). Miał też na sobie czarną skórzaną kurtkę, która
wyglądała zarówno na zniszczoną, jak i nową, wyblakłe dżinsy oraz te niezdzieralne
czarne motocyklowe buty.
Zatrzymał
się, gdy wstrzymałam oddech. Wyłączył motocykl i kopnął stojak, po czym zrzucił
z motocykla długą nogę z ciężkim udem i topornym butem.
Travis
pisnął.
Puścił
mój naszyjnik, obrócił się w moich ramionach i z podnieceniem wymachiwał
pięściami.
Zaczęłam
oddychać, czując, jak moje serce bije szybko, gdy motocyklista podszedł do
mnie, jego okulary przeciwsłoneczne były skierowane w moją stronę, po czym
nagle zatrzymał się z dziwnym szarpnięciem.
Przyglądał
mi się, jego twarz była beznamiętna, stojąc, jakby został złapany w
zawieszeniu, a ja przyglądałam mu się w zamian.
Nie
znałam motocyklistów. Nigdy nie spotkałam motocyklisty. Motocykliści mnie przerażali.
Robili to, ponieważ wyglądali przerażająco. Robili to również, ponieważ słyszałam,
że są przerażający. Mieli dziewczyny, które nosiły obcisłe podkoszulki, mieli noże
przy pasach, jeździli zbyt szybko i zbyt niebezpiecznie, brali udział w bójkach
w barze i żywili urazy do innych motocyklistów, robili rzeczy, które trzeba
było wsadzić ich do więzienia i inne rzeczy, które były przerażające.
Gdy
te myśli przeleciały mi przez głowę, oderwał się, zaczął iść w moją stronę i
głębokim, motocyklowym głosem zawołał - „Masz problem?”
Travis
znowu pisnął, machając rękami, a potem zachichotał, gdy wielki motocyklista
nadal szedł w naszą stronę.
I
kiedy to zrobił, powoli, moje oczy skierowały się na ruch uliczny. Jechali zderzak
w zderzak, pełzali z prędkością nie przekraczającą dwudziestu mil na godzinę.
Patrząc na to, wiedziałam, że stałam tam co najmniej dziesięć minut przy telefonie,
a potem nie, z dzieckiem na biodrze, przy samochodzie z gumą.
I
ani jedna osoba nie zatrzymała się, aby pomóc.
Ani
jedna.
Odwróciłam
głowę z powrotem do motocyklisty, który stał teraz trzy kroki dalej, ze
spuszczonymi oczami i okularami przeciwsłonecznymi skierowanymi na mojego
synka.
Zatrzymał
się, żeby pomóc.
„Ja…
złapałam gumę” – wydusiłam.
Okulary
przyszły do mnie i poczułam, jak moja głowa przechyla się na bok, kiedy to
zrobił, ponieważ przyjrzałam mu się z bliska.
A
to, co zobaczyłam, sprawiło, że poczułam się dziwnie.
Znałam
go?
Czułam,
jakbym go znała.
Zmrużyłam
oczy, żeby przyjrzeć mu się bliżej.
Był
motocyklistą. Nie znałam żadnych motocyklistów, więc go nie znałam. Nie mogłam.
Mogłabym?
„Masz
pomoc drogową?” – zapytał.
Chciałabym.
„Nie”
- odpowiedziałam.
Uniósł
dłoń w czarnej skórzanej rękawiczce - „Daj mi klucze, odsuń się od drogi. Ja
się tym zajmę”.
Zajmie
się tym?
Tak
po prostu?
Czy
powinnam pozwolić motocykliście zmienić oponę?
Lepsze
pytanie: czy miałam wybór?
Ponieważ
odpowiedź na lepsze pytanie była jednoznaczna, powiedziałam - „Ja… cóż, to
bardzo miłe”.
W
tym momencie Travis rzucił się w kierunku motocyklisty. Starałam się trzymać go
blisko siebie, ale mój chłopak był silny i miał tendencję do otrzymywania tego,
czego chciał i to nie tylko dlatego, że był silny.
Właśnie
wtedy dostał to, czego chciał.
Motocyklista
podszedł do przodu, unosząc ręce w rękawiczkach, chwycił Travisa za boki i
delikatnie wyciągnął go z mojego ramienia.
Usadowił
go z łatwością i naturalną pewnością siebie, co sprawiło, że mój oddech brzmiał
śmiesznie, na jego klatce piersiowej, odzianej w czarną koszulkę i skórzaną
kurtkę i spojrzał na mnie.
Kiedy
oglądałam ich, motocyklistę i dziecko, z jakiegoś powodu ta wizja zapisała się
w moich plikach w bankach pamięci. Tych, które trzymałam odblokowane. Tych,
które lubiłam otwierać i przesiewać. Tych, które obejmowały robienie ciasteczek
z mamą. Tych, w których tata uczył mnie jeździć na rowerze i jak patrzył na
mnie, kiedy odchodziłam bez kółek treningowych, taka dumna, taka szczęśliwa. Tych,
które obejmowały Wielkanoc, zanim moja siostra, Althea, zmarła, kiedy wygrała
polowanie na jajka wielkanocne, a tata zrobił to niesamowite zdjęcie, nas w
naszych falbaniastych, pastelowych sukienkach wielkanocnych, ubranych w wielkanocne
czepki, trzymających koszyki wielkanocne ze wstążkami, przytulających się i
chichoczących, jak chichoczą się małe dziewczynki.
On
tam nie pasował. Nie do tych plików. Nie ten motocyklista.
Ale
jakoś tak się stało.
„Mam
dziecko. Wolne ręce, możesz dostać klucze” – powiedział i wiedziałam, jak
powiedział, że to rozkaz, tylko delikatnie (tak jakby) sformułowany.
„Uh…
racja” – wymamrotałam, odrywając wzrok od niego wciąż trzymającego Travisa,
który był zahipnotyzowany brodą motocyklisty i szarpał ją. Szarpał mocno.
Szarpał z siłą małego chłopca, o której wiedziałam, że już było siłą, z którą
należało się liczyć.
Ale
motocyklista nie odwrócił twarzy. Jego podbródek drgnął lekko pod wpływem
szarpnięć, ale wydawało się, że to go nie obchodziło.
Ani
trochę.
Jego
oczy po prostu były skierowane na mnie, dopóki nie zabrałam swoich.
Sięgnęłam
do torebki, która była przewieszona przez ramię i wyjęłam klucze.
Zrobiłam
to w samą porę, by zobaczyć, jak motocyklista skinął podbródkiem w stronę
Travisa, a jego dźwięczny motocyklowy głos zapytał - „Zostawisz dla mnie wąsy,
dzieciaku?”
Travis
zachichotał, uderzył go w usta dziecięcą pięścią, po czym zerwał okulary
przeciwsłoneczne motocyklisty.
Wzięłam
szybki oddech, mając nadzieję, że Travis go nie rozgniewa.
Tak
się nie stało.
Wymamrotał
tylko - „Tak, dzieciaku, potrzymaj je dla mnie”.
Potem
przeniósł Travisa w moje ramiona, wziął klucze i podszedł do samochodu.
Zanim
się zebrałam, otworzył bagażnik i zrobiłam dwa kroki do przodu.
„Uch…
proszę pana…
Jego
głowa przekręciła się, tylko nie poruszył mięśni reszty ciała i powiedział
niskim pomrukiem - „Odsuń się od drogi”.
Zrobiłam
trzy szybkie kroki w tył.
Zwrócił
uwagę na mój bagażnik.
„Ja
tylko się zastanawiałam” - zawołałam, żonglując aktywnym Travisem, który
próbował uciec, ponieważ wyraźnie wolał skórę i wąsy od swojej mamy - „Jak masz
na imię”.
„Joker”
– odpowiedział, wyciągając rękę z kufra, w którym były narzędzia i z głośnym
brzękiem rzucił je na asfalt. Skrzywiłam się, kiedy wrócił i wyciągnął
zapasowe. Joker. Nazywał się Joker.
Nie,
nie znałam go. Nie znałam Jokerów.
A
poza tym, kto nazwałby dziecko Jokerem?
„Jestem
Carissa. To jest Travis” – wrzasnęłam, kiedy przeszedł z drugiej strony
samochodu i zobaczyłam tył jego kurtki. Naszyto na nią naprawdę ciekawą
naszywkę z orłem, amerykańską flagą, płomieniami, a na dole napisem Chaos.
O
jej. Należał do gangu motocyklowego Chaos.
Nawet
ja wiedziałam o gangu motocyklistów Chaosu. To dlatego, że kiedy dorastałam,
tata kupował wszystkie swoje rzeczy do naszych samochodów w ich sklepie
samochodowym na Broadwayu, sklepie o nazwie Ride. Prawie wszyscy, którzy
wiedzieli o samochodach i nie chcieli, żeby ludzie je zepsuli.
„Są
motocyklistami, ale są uczciwi” – powiedział tata - „Jak nie mają części, nie
mówią ci, że inna część zadziała, kiedy nie zadziała. Mówią ci, że to dostaną
za tydzień, to będzie to za tydzień. Nie wiem nic o tym gangu. Wiem, że wiedzą,
jak prowadzić biznes”.
Kiedy
to wspomnienie przeniknęło przez moją głowę, pod koniec zdałam sobie sprawę, że
człowiek zwany Jokerem nie odpowiedział.
„To
naprawdę miłe!” – zawołałam, gdy zniknął w kucki po drugiej stronie mojego
samochodu. Druga strona samochodu, czyli tuż przy ruchu ulicznym.
To
mnie martwiło. Nie jechali szybko i zjechałam tak daleko, że moje opony po
stronie pasażera były na murawie i drapały na krawędzi pobocza, ale nadal było
niebezpiecznie.
Znowu
nie odpowiedział, więc krzyknęłam - „Proszę, bądź ostrożny!”
Wrócił
jego głęboki głos - „Wszystko w porządku”.
„Dobrze,
ale zostań w ten sposób. Dobra?” - odkrzyknęłam.
Nic
od Jokera.
Zamilkłem.
No nie bardzo. Zwróciłam uwagę na moją bójkę z synem i zrobiłam wszystko, aby
odwrócić jego uwagę od motocyklisty, którego już nie widział, ale bardzo chciał
się do niego dostać.
„Jest
zajęty, kochanie, pomaga nam, naprawia nasz samochód”.
Travis
spojrzał na mnie i krzyknął zirytowany - „Goo gah!” - a potem wsadził mu do ust
ramię okularów przeciwsłonecznych Jokera.
Położyłam
go na biodrze i delikatnie spróbowałam zabrać okulary, żeby Travis ich nie
ślinił albo, co gorsza, nie złamał ich.
Travis
wrzasnął.
„Nie
możemy podziękować Jokerowi za jego pomoc przez połamanie okularów
przeciwsłonecznych” – wyjaśniłam.
Travis
wyszarpnął okulary przeciwsłoneczne z mojego niepewnego uścisku i, żeby się nie
złamały, pozwoliłam mu. Następnie wymachiwał nimi w powietrzu ze zwycięską
radością przez kilka sekund, po czym opuścił je i przysunął ramię do ust, po
czym zaczął nim jeździć.
Westchnęłam
i spojrzałam w stronę, gdzie pracował Joker, chociaż nadal go nie widziałam i
ostrożnie (ale głośno, żeby było słychać z daleka i ruchu ulicznego)
powiedziałam - „Travis ślini się na twoje okulary przeciwsłoneczne”.
Joker
wyprostował się, ciągnąc za sobą moją oponę i wrzucając ją szerokimi, okrytymi
skórzaną kurtką ramionami do bagażnika (coś, co zrobił jedną ręką, co było
imponujące), przez co cały mój samochód podskoczył przerażająco.
Jego
oczy skierowały się na mnie - „Mam około tuzina par. Jak je spieprzy, nie ma
problemu”.
Potem
znów przykucnął.
Zdusiłam
upomnienie, że nie powinien używać tego słowa.
Aaron
cały czas przeklinał. Uznawałam to za ordynarne, w końcu irytujące, a w końcu
obawiałam się, że użyje tego języka przy naszym synu.
Nie
miałam pojęcia, czy to robił.
Ale
prawdopodobnie to robił.
Zamiast
skupiać się na tym, skupiłam się na tym, że Joker wydawał się być naprawdę
miły.
Nie
wydawał się, po prostu był.
Wszyscy
ludzie, którzy mnie mijali, nie pomagali, ale on zatrzymał się.
Teraz
zmieniał oponę i z wyjątkiem czasu, gdy mój tata kazał mi to zrobić, żeby mieć
pewność, że wiedziałabym, kiedy by nadszedł czas, kiedy musiałabym, nigdy
więcej tego nie robiłam.
Ale
wiedziałam, że to nie było zabawne.
Pozwolił
Travisowi ciągnąć się za wąsy, zerwać sobie okulary, a nawet pozwolił, by
jakieś dziecko, którego nie znał, je złamało.
Spojrzałam
na okulary i wiedziałam, że były drogie.
Na
boku napisali LIBERTY. Były atrakcyjne, ale mocne. Nie sądziłam, żeby zdjął je
z obrotowego stojaka.
I
nie chciałam, żeby było tak, że się zatrzymał, pomógł nam i stracił swoje
drogie okulary, chociaż był bardzo miły i nie wydawał się tym przejmować.
„Proszę,
chłopczyku, nie złam tych okularów” – szepnęłam.
Jak
mój ośmiomiesięczny synek mnie rozumiał, przestał lizać rączkę i wsunął mi
okulary.
Uśmiechnęłam
się, wymamrotałam - „Dziękuję, mój głuptasku” - wzięłam okulary i pochyliłam
się nad nim, by dmuchnąć w jego szyję.
Pisnął
z radości.
Ponieważ
tak bardzo mu się to podobało, jak zawsze, zrobiłam to ponownie. Potem znowu. A
ponieważ nie miałam gdzie ich schować, wepchnęłam okulary Jokera we włosy, żeby
poprawić Travisa, żeby go połaskotać.
Wił
się w moich ramionach i piszczał głośniej.
Boże,
ten dźwięk był piękny.
Nie
było lepszego dźwięku na świecie.
Ani
jednego.
Bawiłam
się dalej z moim chłopcem, a robiąc to, nagle przestałam się martwić, że stałam
na I-25 z motocyklistą z gangu motocyklowego zmieniającym mi oponę i że wkrótce
oddam moje dziecko mojemu ex i Tory, więc nie będę miała go przez cały tydzień.
Wtedy
byliśmy tylko Travis i ja.
Byliśmy
tylko on i ja przez półtora roku, przez część tego czasu był w moim brzuchu, przez
resztę był całym moim światem.
Chciałam
mieć rodzinę. Po śmierci Althei zaczęłam tego pragnąć i robiłam to z moimi
lalkami, potem moimi Barbie, a potem w marzeniach.
To
wszystko, czego chciałam. Wszystko, czego kiedykolwiek pragnęłam.
Mąż.
Dom. I dużo dzieci.
Nie
obchodziło mnie, co mówiło o mnie to, że nie chciałam kariery. Że nie marzyłam
o rejsach, tiarach, byciu ważną, noszeniu teczki, wstawaniu i chodzeniu do
ciężkiej pracy.
Chciałam
robić pranie.
Chciałam
robić ciasteczka.
Chciałam
przygotowywać kolację dla męża i dzieci, kiedy wrócą do domu.
Chciałam
zostać mamą z ławki piłkarskiej (chociaż nie chciałam minivana, chciałam czegoś
w rodzaju SUV-a Lexusa Aarona).
To
wszystko, czego chciałam.
Chciałam
być dobrą żoną i wspaniałą matką.
I
znowu nie obchodziło mnie, co ludzie pomyśleliby, że to o mnie mówiło.
Moja
mama pracowała. Pracowała jeszcze przed śmiercią Althei.
Później
też pracowała.
Nie
przeszkadzało mi to wtedy. To ją uszczęśliwiało.
Ale
teraz chciałam wrócić do tych chwil, kiedy była w pracy. Wtedy nie było jej,
kiedy wracałam do domu po szkole.
Chciałam
je z powrotem.
Chciałam,
żeby mój tata je odzyskał.
I
to właśnie miałam dać mojemu mężowi. To samo miałam dać moim dzieciom.
To
wszystko, czego chciałam, dać to mojej rodzinie.
Wszystko,
o czym kiedykolwiek marzyłam.
To
marzenie musiało się zmienić. Aaron je zabił, więc musiałam to zmienić.
Więc
teraz byliśmy tylko Travis i ja co drugi tydzień.
To
było moje nowe marzenie i jeśli bardzo bym się postarała, mogłam przekonać samą
siebie, że nim żyję.
Chociaż
nie żyłam.
Nawet
nie blisko.
Ale
zrobiłabym to.
„Gotowe”.
Poderwałam
głowę i zobaczyłam Jokera stojącego na murawie kilka kroków dalej.
„Obejrzałem
twoją oponę, miałem nadzieję, że to gwóźdź” – poinformował mnie – „Nie był.
Wyleciało. We wszystkich masz niski bieżnik. Wszystkie trzeba wymienić”.
Moja
bańka radości ze mną i moim dzieckiem pękła, gdy wcisnęło się w nie życie,
presja, jak zawsze, zbyt duża, by ta bańka dobroci mogła znieść.
Nie
było mnie stać na cztery nowe opony.
„Nie
możesz jeździć na tym zapasowym” – mówił dalej Joker, ale robił to,
przyglądając mi się uważnie - „Nie na dłużej. Musisz się tym zająć, tak szybko
jak możesz”.
Przestałam
myśleć o oponach, mojej niezdolności do zakupu ich i braku czasu, z którym
musiałam sobie z tym poradzić, i spojrzałam mu w oczy.
Były
szare. Dziwny, tępy stalowoszary.
To
nie było nieatrakcyjne.
Były
też bardzo znajome.
„Tak?”
- zapytał po podpowiedzi, a moje ciało zadrżało, ponieważ mój umysł skupił się
na próbie odgadnięcia, jak jego oczy mogą wydawać się tak znajome.
Travis
skoczył.
I
znowu, zaskakująco, Joker natychmiast podniósł nagie ręce do mojego syna i
zabrał go ode mnie, zwijając go blisko, naturalnie, przyjmując ten piękny
ładunek, tak jakby robił to od momentu narodzin Travisa.
Coś
ciepłego przeszło przeze mnie.
„Tak?”
– powtórzył Joker.
„Uch,
tak. Nowe opony. Nie jeździć na zapasowym” – odpowiedziałam.
„Idź
do Ride, dam im twoje imię. Dadzą ci rabat”.
I
wtedy przemyło mnie coś brudnego.
Brudnym
był fakt, że mój samochód miał dwadzieścia lat, był wyblakły, zardzewiały,
zużyty i chyba tylko jeszcze działa, bo Bóg mnie kochał (miałam nadzieję), a
wszystko to nie było dla niego stracone.
To
było zawstydzające.
I
kiedy to przepłynęło przeze mnie, zrobiło się tego więcej. Nagle oblewały mnie
strumienie obrzydliwości.
Fakt,
że nie schudłam ostatnich piętnastu kilogramów z wagi po urodzeniu dziecka.
Fakt,
że przez ostatnie siedem miesięcy nie było mnie stać na pasemka, więc moje
włosy nie wyglądały tak wspaniale, złote blond pasemka zaczynały się cztery
cale od moich nasady w sposób, który nie był atrakcyjnym ombré.
Fakt,
że do pracy byłam ubrana w koszulkę polo, spodnie khaki i trampki, a nie w
ładną sukienkę i ładniejsze buty.
Fakt,
że miał drogie okulary, drogi motocykl, skórzaną kurtkę i może nie był zadbany,
ale był wysoki, szeroki, miał ciekawe oczy, był miły, hojny w poświęcaniu czasu,
świetny z dziećmi i dobry Samarytanin.
„Jak
masz na to czas, możesz wpaść” – ciągnął - „Poproszę ich, żeby przejrzeli
samochód. Upewnili się, że jest dobry”.
O
nie.
Litował
się nade mną.
Więcej
brudu obmyło mnie.
„Nie…
nie” – potrząsnęłam głową, sięgając po Travisa. To był wyczyn, Travis nie
chciał odpuścić, ale pokonałam go i mocno przytuliłam syna do biodra – „Ja… już
byłeś bardzo miły. Powinnam…” - wyciągnęłam wolną rękę - „Mam pieniądze…”
Urwałam
i przekręciłam się, by dostać się do torebki, myśląc, że dwudziestodolarowy
banknot to za mało, ale to było wszystko, co miałam. Myślałam też, że niestety
będę musiała użyć mojej karty kredytowej, aby kupić paliwo.
„Nie
ma potrzeby. Po prostu jedź. Pamiętaj o tym zapasowym, tak?”
Odwróciłam
się do niego - „Jesteś pewien?"
„Nie
chcę swoich pieniędzy”.
To
było stanowcze w sposób, który brzmiał, jakby był urażony, czego naprawdę nie
chciałam, więc z wahaniem skinęłam głową – „Byłeś naprawdę miły”.
„Tak”
– mruknął - „Bądź bezpieczna”.
A
potem zwrócił się do swojego motocykla.
Po
prostu zwrócił się w stronę swojego motocykla! Nie mogłam pozwolić, żeby po
prostu odwrócił się do swojego motocykla i odszedł.
Nie
miałam pojęcia dlaczego, ale nie mogłam zaprzeczyć, że wiedziałam aż do szpiku kości,
że nie mogłam pozwolić, aby motocyklista o imieniu Joker odszedł.
„Joker!”
- zawołałam.
Odwrócił
się.
Kiedy
spojrzałam w jego oczy, nie wiedziałam, co robić, więc nic nie zrobiłam.
„Racja”
– powiedział, podszedł do mnie i podszedł bliżej niż przedtem.
Nawet
gdy Travis próbował rzucić się na niego, podniósł rękę, a ja wstrzymałam
oddech.
Poczułam,
że jego okulary przeciwsłoneczne wysuwają się z moich włosów.
„Dzięki”
– mruknął i odwrócił się.
„Naprawdę,
dziękuję” – wypaliłam, miejmy nadzieję, że nie był to rażący wysiłek, by go
zatrzymać (chociaż był to wysiłek, by go zatrzymać) i ponownie zwrócił się do
mnie - „Nie wiem, co powiedzieć. Czuję, że powinnam coś zrobić. Bardzo mi
pomogłeś”.
„Zabierz
siebie i swoje dziecko z pobocza autostrady i bądź bezpieczna, to wszystko, co
musisz zrobić”.
„Oh.
Tak. Oczywiście. Powinnam to zrobić” – bełkotałam.
„Później”
– powiedział i podszedł do swojego motocykla.
„Później”
– zawołałam tak jak on, nie chcąc, żeby poszedł.
Nie
rozumiałam tego.
Okej,
pomógł mi i był bardzo miły.
I
okej, byłam sama. Jak naprawdę sama.
W pobliżu nie miałam rodziny. Żadnych przyjaciół. Bez męża. Nowe dziecko. Nowe
życie nie podobało mi się aż tak bardzo (poza wspomnianą obecnością mojego
nowego dziecka).
A
Joker zatrzymał się i pomógł mi, rozwiązując problem, który musiałabym
uporządkować w jednym z tych nieistniejących czasów, kiedy musiałabym pozwolić
komuś innemu zająć się tym i mogłabym bawić się z moim synem, nawet jeśli ten
czas był na poboczu zakorkowanej drogi międzymiastowej.
To
wiele znaczyło.
Ale
nie chciałam, żeby odszedł nie w sposób, że byłam po prostu niechętna do pożegnania
ostatniej osoby, która zrobiła dla mnie coś życzliwego.
To
było inne.
I
to było przerażające.
Ale
bardziej przerażające było to, że był na swoim motocyklu i sprawiał, że ryczał.
Było
już prawie po wszystkim.
Miał
odejść.
I
będę sama.
To
nie było to (lub nie tylko to).
Chodziło
o to, że miał odejść.
Otworzyłam
usta, żeby krzyknąć coś przez hałas jego motocykla, a Travis uderzył mnie w
szczękę.
Spojrzałam
na mojego syna.
Musiałam
zabrać go w bezpieczne miejsce.
A
potem zabrać go do jego taty.
Zamknęłam
oczy, otworzyłam je i zobaczyłam, jak Joker niecierpliwie szarpnął brodą do mojego
samochodu.
Więc
pospieszyłam tam, otworzyłam drzwi od strony pasażera, umieściłam syna
bezpiecznie w foteliku samochodowym, okrążyłam samochód i wsiadłam.
Joker
nie włączył się do ruchu, dopóki ja tego nie zrobiłam. On też nie wyjechał z
autostrady, dopóki ja tego nie zrobiłam. Zjechał za mną z wiaduktu na Speer
Boulevard.
Potem
się odłączył.
I
odjechał.
Dziękuję za rozdział i czekam na kolejny :)
OdpowiedzUsuń