PROLOG
Pozostań
złota (cz2)
*****
„Na
chwileczkę, Carson” - zawołał pan Robinson, gdy wszyscy wyszli z jego klasy.
To
była ostatnia lekcja. Dobrze byłoby wrócić do domu. Nie chciał wracać do domu,
ale to było lepsze niż bycie w szkole. Nienawidził szkoły. Dzwonki mówiące mu,
gdzie ma iść dalej. Nauczyciele mówiący mu, co (jak myśleli) będzie robił,
kiedy wróci do domu. Zasady dotyczące tego, w co możesz się ubrać, co możesz
powiedzieć, gdzie możesz być, jak możesz się zachowywać.
Całkowicie
tego nienawidził.
Mimo
to pan Robinson był gównem. On sprawiał, że lekcja była zabawna. Lubił
nauczanie i nie obchodziło go, że wszyscy o tym wiedzieli.
Połowa
dziewczyn podkochiwała się w nim.
Połowa
chłopców chciała zostać nauczycielami historii, kiedy dorosną.
Carson,
ponieważ lubił tego faceta, podszedł do jego biurka.
„Tak?”
Gdy
Carson szedł do biurka, pan Robinson wstał i obszedł je. To był kolejny sposób,
w jaki był fajny. Nie siedział za biurkiem jak kutas z jakimś autorytetem i panującym
nad tobą w ten sposób. Nie stał też za nim, jakby musiał mieć biurko między nim
a uczniem, żeby nie zarazić się licealistą nieudacznikiem.
Zbliżał
się. Człowiek z człowiekiem.
Szacunek.
Tak,
Carson go lubił.
„Wszystko
dobrze?” – zapytał pan Robinson, kiedy zatrzymał się blisko, ale nie za blisko.
Przyjaźnie.
Naturalnie.
„Tak”
– odpowiedział Carson, nie pytając, dlaczego zapytał, bo miał siniaka na
policzku i skroni, więc wiedział, dlaczego pan Robinson zapytał.
Carson
nie ukrywał tego. Nigdy tego nie ukrywał. Wszyscy to widzieli.
Zawsze
tak było.
Tak
naprawdę go to nie obchodziło. Na razie to było jego życie.
A
potem wyjedzie.
Ale
tylko pan Robinson by to wyciągnął. Szkoła zaczęła się ponad miesiąc temu, po
raz pierwszy miał lekcje u pana Robinsona, a mężczyzna od jakiegoś czasu
przyglądał mu się.
Carson
wiedział od razu, że nauczyciel skończył z samym patrzeniem.
Pan
Robinson oparł biodro o biurko i przyłożył pięść do drugiego. Następnie skinął
brodą na twarz Carsona i ściszył głos.
„Wygląda
na to, że ostatnio coś ci się pogorszyło.”
„Wszystko
w porządku” – skłamał Carson.
Pan
Robinson rzucił mu długie spojrzenie, zanim westchnął.
Potem
powiedział: „Rozmawiałem z niektórymi z twoich nauczycieli”.
Carson
nic nie powiedział.
„Twoje
oceny są dobre, Carson, bardzo dobre. Zwłaszcza jak na dzieciaka, który tylko
przez połowę czasu odrabia pracę domową”.
Carson
też nie miał na to odpowiedzi.
„Jakbyś
oddawał ją częściej, byłbyś w pierwszej dziesiątce” – powiedział pan Robinson.
Carson
nie był zainteresowany pierwszą dziesiątką.
Interesowało
go oszczędzanie na samochód, a potem oszczędzanie każdego grosza, jaki mógł
zarobić, a w chwili, gdy skończyłby osiemnaście lat, wydostał się z Dodge’a.
Coś
przesunęło się przez twarz pana Robinsona, kiedy Carson nie odpowiedział. To
było coś, czego Carson nigdy wcześniej nie widział. Nie znał tego, więc nie
mógł zablokować. To mógł być żal. To mógł być smutek. To mogła być frustracja.
Cokolwiek to było, sprawiało, że Carsonowi było jednocześnie ciepło i zimno.
„Jesteś
wyjątkowo bystry” – powiedział cicho pan Robinson.
„Dzięki”
– odparł słabo Carson.
„Uczę
od siedmiu lat i ani razu nie spotkałem ucznia z twoimi możliwościami”.
Co?
Nie
zapytał, ale pan Robinson mu powiedział.
„Myślisz
obiema półkulami swojego mózgu. Jesteś świetny w liczeniu. Wyróżniasz się w
sztuce. Jesteś świetny w chemii. Jesteś świetny w trygonometrii. I wyróżniasz
się w historii. Robisz to po prostu przez zwracanie uwagi na zajęciach i
podejmowanie gównianej próby nauki, kiedy jesteś w domu”.
Carson
był trochę zszokowany, że mężczyzna użył słowa gównianej, ale to tylko podniosło jego czynnik fajności.
„Nie
ma w tobie lęku przed testem” – ciągnął pan Robinson - „Twoi nauczyciele
zauważyli, że zwracasz baczną uwagę i robisz obszerne notatki w klasie. Kiedy
tam jesteś, jesteś tam. Mamy ciebie. Całkowicie. Zastanawiam się, jeśli byś się
przyłożył, co to mogłoby oznaczać”.
„Niewiele
i nie musi, ponieważ wszystkim czym będę to mechanikiem” – powiedział Carson.
„Mam
problem z »wszystkim, czym będziesz«, Carson. Mechanik to godny zawód” – odparł
natychmiast pan Robinson - „Chociaż nie jest łatwy. Aby zostać mechanikiem,
trzeba się uczyć”.
„Wiem
o tym” - mruknął Carson.
„Tak
sądzę. A jeśli tego chcesz, będziesz dobrym mechanikiem. Ale szkoda by było,
gdybyś był mechanikiem, gdy miałeś w głowie projektowanie samochodów,
konstruowanie ich. Aby lepiej manewrowały. Były bezpieczniejsze. Lub używały
różne formy paliwa”.
„Nie
mam tego w sobie, panie Robinson” – powiedział Carson prawdę.
„Skąd
miałbyś wiedzieć?” - Pan Robinson odpalił.
Carson
czuł, że jego ciało stało się nieruchome.
„Zazwyczaj
u uczniów w twoim wieku nauczyciele widzą, w jakim kierunku idą uczniowie” –
kontynuował Robinson - „Do czego mają uzdolnienia. Języki. Sztuka. Nauki
ścisłe. Matematyka. Komputery. Umiejętności manualne, które są nie mniej godne
podziwu niż wszystkie pozostałe. Niektórzy mogą wykazywać ukierunkowanie do
kilku z nich. Nigdy nie spotkałem ucznia, który wykazuje uzdolnienia do nich wszystkich”.
Carson
potrząsnął głową, nie rozumiejąc, dlaczego facet mówi o tym gównie. – „Nie ma
we mnie nic specjalnego, panie Robinson. Po prostu jestem dzieciakiem, który
lubi historię”.
–
Nie, można by pomyśleć, że ten, kto robi ci siniaki na twarzy lub każe ci
powoli siadać przy biurku, bo bolą cię żebra, sprawia, że wierzysz, że nic w
tobie nie jest wyjątkowe, Carson. Ale prawda jest taka, że bardzo się myli,
podobnie jak ty”.
Chciał,
żeby było dobre uczucie.
Ale
to nie on się mylił.
Pan
Robinson się mylił.
Lubił
tego faceta. Szanował go.
Ale
nie będą rozmawiali o tym.
„Skończyliśmy
to?” – zapytał Carson i obserwował, jak nauczyciel szarpie głową.
„Carson…”
„Lubię,
że pan się przyjmuje, ale to nie pańska sprawa”.
„Car…”
„Więc
skończyliśmy?”
Pan
Robinson zamknął usta.
Zajęło
mu kilka uderzeń serca, zanim otworzył je ponownie, by powiedzieć - „Jeśli
kiedykolwiek będziesz musiał z kimś porozmawiać, jestem tutaj”.
„Bez
obrazy, pańskie lekcje są super, jest pan najlepszym nauczycielem w szkole,
wszyscy tak myślą, ale nie wstrzymywałbym oddechu.”
„Szkoda,
Carson, bo mogę pomóc”.
Okej,
to wystarczyło.
„Tak?”
– zapytał ostro - „Czy może dać mi pan mamę, która przejęła by się na tyle,
żeby być blisko wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak zaczynam raczkować?” –
zapytał Carson.
Usta
pana Robinsona zacisnęły się - „Ja…”
„Albo
da mi pan tatę, który nie był w porządku z tym, że zostawiał mnie o ósmej,
żebym wyjść i zarwać kogoś, żeby sąsiadka musiała przynosić mi coś, żebym
jadł?”
Twarz
pana Robinsona zmieniła się w kamień - „Dokładnie o tym mówię”.
„Mam
szesnaście, prawie siedemnaście lat, niecałe dwa lata muszę czekać, panie
Robinson. Długo czekałem na wolność, teraz chce pan to dla mnie spieprzyć?”
„Gdybyśmy
porozmawiali z dyrektorem…”
„I
co? I umieści mnie w rodzinie zastępczej? Sprawi, żeby mój tata był na mnie
wkurzony za coś więcej niż tylko za to, że oddycham?” - Znowu potrząsnął głową -
„Jak to gówno wyjdzie na jaw, sprawi, że wszystkie dzieci będą się nade mną
litować lub powiedzą mi frazesy, co nie poszłoby zbyt dobrze, więc inne gówno upadłoby,
a ja zostałbym zawieszony lub wydalony. Kiedy to się skończy i odejdę, nie będę
miał wiele, ale jak utrzymam się swojego planu, przynajmniej będę miał dyplom.”
„Widzę,
że to przemyślałeś” – zauważył mężczyzna.
„Jedyna
rzecz, o której myślałem, odkąd skończyłem osiem lat”.
To
i Carissa Teodoro. Ale ona nie weszła mu do głowy, dopóki nie skończył
trzynastu lat.
Pan
Robinson zamknął oczy.
Czuł
to. Nie podobało mu się to.
Carson
nie mógł mu pomóc.
Musiał
skupić się na pomaganiu sobie.
„Dam
radę” – oświadczył Carson, a nauczyciel otworzył oczy - „Mam sąsiadów, którzy
się o mnie troszczą, więc nie jest tak źle, jak pan myśli. Znaczy dużo, że pana
to obchodzi, ale mam to pod kontrolą”.
„Więc
jeśli nic z tego nie bierzesz, weź z tego, że masz nauczyciela, który troszczy
się i będzie się o ciebie troszczył. Nie tylko ja, wszyscy w ciebie wierzymy,
Carson. Więc jeśli nie weźmiesz z tego niczego prócz tamtego, to mnie nie
uszczęśliwi, ale to będzie coś”.
„To
też wiele znaczy” – odparł Carson dziwnym głosem, grubym i szorstkim, który
przypominał to, co czuł w brzuchu.
Podczas
gdy Carson czuł to i nie rozumiał, zanim to namierzył, pan Robinson zanurkował,
by zabić.
„Pewnego
dnia, Carsonie Steele, będziesz wspaniałym mężczyzną. Nie wiem, jak to się
stanie. Możesz być prezydentem. Mógłbyś zwalczyć chorobę. Możesz też zostać
mistrzem mechanikiem, który buduje niesamowite samochody. Ale cokolwiek to będzie,
stanie się. Wierzę w to. I pewnego dnia zobaczysz to, czego cię nauczono, i też
w to uwierzysz”.
Carson
nie podzielił się tym, że prawdopodobnie w tej sprawie też nie powinien
wstrzymywać oddechu.
Z
drugiej strony nie mógł. Gęstość w jego wnętrznościach rosła, wypełniając go,
jakby zjadł za dużo, ale nie w sposób, który sprawiał, że musiał by rzygnąć. W
sposób, który sprawił, że chciał się odciążyć, usiąść wygodnie i po prostu
poczuć dobro.
Ponieważ
to było wszystko, co miał w sobie, po prostu znowu wymamrotał - „Dzięki”.
„Przyjemność
po mojej stronie” - mruknął w odpowiedzi pan Robinson.
Carson
podszedł do drzwi.
„Carson?”
- pan Robinson zawołał, kiedy już prawie wyszedł z sali.
Biorąc
głęboki oddech, odwrócił się.
„Nie
zapomnij tej rozmowy” – polecił nauczyciel.
„Niczego
z niej”.
Jakby
kiedykolwiek mógł to zrobić.
„Jasne”
– potwierdził.
Potem,
najszybciej jak mógł, wystartował.
*****
Carson
stał plecami do słupa na dole trybun na boisku footballu liceum. Robił to,
słuchając grupy dziewcząt siedzących nad nim.
Nie
miały pojęcia, że on tam był.
To
był mecz footballu pierwszoroczniaków. Jedna z głupich, sukowych dziewczyn
Carissy miała brata, który w nim grał.
Ale
nie były tam, żeby oglądać grę brata. Były tam, żeby mówić wredne śmieci o
pierwszorocznych cheerleaderkach.
Wszystkie
z wyjątkiem Carissy. Nie mówiła dużo. Często się uśmiechała. Wiwatowała, kopała
i robiła przewroty lepiej niż którakolwiek z pozostałych. Ale nie była gadułą.
Ale
teraz jej przyjaciółki przestały wydziwiać na temat cheerleaderek.
Teraz
rozmawiali o nim.
„Wejdę
w to. Jenessa powiedziała, że wstrząsnął jej światem” – wypluła Brittney.
„Poszłabym
tam tylko dlatego, że jest gorący” – oświadczyła Theresa.
„Boże,
on nosi dżinsy lepiej niż jakikolwiek facet w szkole”.
„Jesteście
obrzydliwe. Jest totalnym przegranym” – stwierdziła Marley – „Prawie nic nie
mówi. Po prostu wędruje po szkole, rozmyślając. Nie ma żadnych przyjaciół. Nie
trzyma się nawet ćpunów ani kapturów. I całkowicie wie, jaki jest gorący i
używa tego, aby dostać się do spodni dziewczyn. To żałosne”.
„Nie
zamierzam się z nim umawiać, po
prostu dam się mu przelecieć” – odpowiedziała Brittney - „Mój tata dostałby zawału,
gdybym przyprowadziła do domu kogoś takiego jak Carson Steele. Założyłby mi,
jak… pas cnoty czy coś w tym rodzaju”.
Fura
chichotów.
Carson
odchylił głowę i spojrzał przez trybuny.
Wszystkie
dziewczyny były zwrócone do siebie, nie zwracając uwagi na grę, ale Carissa
była pochylona do przodu, z łokciami na kolanach, oczami skierowanymi na
boisko, z zamkniętymi ustami.
Nawet
się nie uśmiechała. Zdecydowanie nie chichotała. A pełna wdzięku linia jej
szczęki była dość twarda.
Kurwa,
ale była ładna.
„Jenessa
powiedziała, że on…” – Theresa ściszyła głos, ale niewiele – „zszedł na nią. Znaczy
się wsadził usta między jej nogi i wszystko!”
„Całkowicie
obrzydliwe” – mruknęła Marley.
„O
nieeeee” – odparła Brittney - „Boże, zapłaciłabym mu, żeby na mnie zszedł”.
„Wziąłby
twoje pieniądze, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie mógłby je wykorzystać” –
powiedziała jej Marley - „Czy facet może nosić coś innego niż dżinsy i
T-shirty?”
„Dam
mu pieniądze, jeśli on mi to da i to
da mi dobrze, a potem pójdzie w swoją
stronę” – odpaliła Brittney.
„Myślę,
że już dało się to zauważyć na dżinsach, ale Marl, poważnie, byłoby
przestępstwem założyć cokolwiek na to gorące ciało poza jedną z jego obcisłych
koszulek. Rozrosły” - ostatnie słowo z
ust Theresy było jak oddech.
„Wiecie,
on jest osobą” – wtrąciła Carissa.
„Co?”
– spytała Theresa.
„Carson
Steele. Jest osobą” – oznajmiła Carissa.
„Tak.
Osoba o sile męskiej perswazji, o której Jenessa mówi, że ma naprawdę dużego
kutasa” – odpowiedziała Brittney chichotem, który spotkał się z chichotem
Theresy.
„Jestem
pewna” – powiedziała chłodno Carissa - „Jest też naprawdę mądry. Zawsze jest
wybierany do Zespołu Burza Mózgów, gdy pan Robinson gra to w swojej klasie. Wie
wszystko o historii, więc nikt go nie pobije. I może nie ma dużo, ale ma też
pracę, więc nie odziedziczył samych złych cech. Przynajmniej tak mówi mój tata.
A Theo i jego palanci byli podli dla tego dzieciaka z całym tym okropnym
trądzikiem, a Carson podszedł do nich, skrzyżował ręce na piersi i rozproszyli
się. Nie powiedział ani słowa i wystartowali. To było fajne i fajna rzecz do
zrobienia. A Theo i jego przyjaciele nie robią już takich rzeczy, jeśli Carson
jest w pobliżu”.
„Czy
Aaron wie, że podkochujesz się w Carsonie Steele?” – spytała gorzko Brittney.
„Nie
podkochuję się w nim” – odparła ostro Carissa, a Carson poczuł, jak zaciska mu się
żołądek - „Po prostu myślę, że to miły facet. I nie zasługuje, żeby jakaś
dziewczyna udawała, że podkochuje się w nim, tylko po to, żeby dostać się do
jego spodni. Jest osobą. Ma uczucia. A gdybyś to zrobiła, Britt, to nie byłoby
fajne”.
„Porządnisia”
– mruknęła Brittney.
„Może,
ale wolę być taka niż złośliwa” – odparła natychmiast Carissa.
„W
porządku, uspokój się, nie zagram Carsona Steele” – odparła Brittney.
Carissa
nic nie powiedziała. Spojrzała z powrotem na boisko.
„Potrzebuję
coli” - zadekretowała Theresa w pełnej napięcia ciszy - „Czy ktoś jeszcze
potrzebuje coli?”
„Cola?
Oszalałaś? W Coli jest więcej kalorii niż w kawałku ciasta czekoladowego” –
stwierdziła Marley.
„To
nieprawda” – odpowiedziała Theresa.
„Pójdę.
Wezmę dietetyczną. Ktokolwiek?” – spytała Brittney, wstając z trybuny.
„Mógłabym
przejść na dietetyczną” – powiedziała Marley.
Wszyscy
wstali, z wyjątkiem Carissy.
„Rissie?
Chcesz iść?” – spytała Theresa.
„Zostanę
tutaj, zachowam miejsca”.
Carson
spojrzał na resztę trybun. Nie były nawet w połowie pełne, a w pobliżu tej grupy
suk nie było nikogo.
„W
porządku” – powiedziała cicho Theresa.
„Nieważne”
– mruknęła Marley.
Wystartowały.
Carissa
została.
Patrzył,
jak pochylała się bardziej do przodu i położyła szczękę w dłoni, i patrzyła na boisko.
Zastanawiał
się, czy myślała o nim.
Pomyślał,
że nie. Była fajna, miała jego plecy, ale on byłby ostatnią rzeczą, o której
myślała.
Przyglądał
się jej, żałując, że nie wiedział, o czym myślała.
I
kiedy przyglądał się jej, wiedząc, że patrzyła na boisko, ale myślami błądziła
gdzieś indziej i nie wyglądała, jakby były na szczęśliwe, nagle przypomniał
sobie o jej siostrze.
Wszyscy
wiedzieli o siostrze Carissy Teodoro. To było dawno temu, ale to, co się
wydarzyło, było tak brzydkie, że nikt nie zapomniał.
Dziwny
wypadek. Tragiczny. Nawet jego tata wpadł w szał.
Była
małą dziewczynką, jeżdżącą na swoim trójkołowcu po podjeździe. Było trochę ludzi
w domu jej rodziców. Nie była to duża impreza, ale wystarczająco duża, by mała
dziewczynka się zgubiła. Parę osób wyszło, nikt nie wiedział, że była za
samochodem. Nie mogli jej zobaczyć we wstecznym lusterku i przejechali po niej.
Zmiażdżyli ją na śmierć. Na jej własnym podjeździe.
Gdyby
tak się nie stało, jej siostra byłaby na pierwszym roku. Gdyby poszła w ślady
Carissy, byłaby cheerleaderką pierwszego roku.
Pamiętał,
jak jego tata o tym mówił. Zapamiętał to, nawet jeśli miał wtedy tylko sześć
lat.
To
nie było coś, o czym dało się zapomnieć.
Patrząc
na nią z dołu, siedzącą tam z miękką twarzą, myślami gdzie indziej, pomyślał,
że ona też nie zapomniała i zastanawiał się, czy siedziała na meczu footballu pierwszoklasistów,
myśląc, że jej siostra powinna być cheerleaderką. Zastanawiał się, czy myślenie
o takich rzeczach ją przygniatało.
I
miał nadzieję, że nie, ponieważ nie podobała mu się myśl, że czułaby się
przygnieciona.
Nie
spuszczając z niej oczu, Carson chciał ją zawołać.
Nie,
chciał z nią usiąść. Objąć ją ramieniem. Powiedzieć jej, jak się czuł z tym, że
broniła go przed sukami, które były tak sucze, że nie rozumiał, dlaczego
nazwała je przyjaciółkami.
Nie
zrobił tego.
Usłyszał
przesuwający się żwir i odwrócił wzrok od Carissy.
Julie
Baum szła pod trybuny z uśmiechem na twarzy.
Spotykali
się tam. Randka.
Albo
ten rodzaj randki, jakie miewał Carson Steele.
Też
nie zamierzała przedstawiać go rodzicom.
Jej
rodzice myśleli, że jest na meczu ze swoimi przyjaciółkami. Carson kupiłby jej
hamburgera, znalazł miejsce, w którym mógłby ją przelecieć, oddałby ją
przyjaciołom, a oni zabraliby ją do domu.
On
będzie miał trochę.
Ona
też będzie miała.
A
potem pewnie by o nim nie myślała, chyba że mogłaby zorganizować kolejne
spotkanie, w którym mogłaby go wykorzystać, żeby mieć trochę i nadal robić, co
w jej mocy, by przykuć uwagę tego piłkarza. Tego bez szyi, który miał tatę,
który był chirurgiem.
Co
mu odpowiadało.
To
dlatego, że nie licząc piłkarza bez szyi, zrobiłby to samo.
*****
But
Carsona zetknął się z twarzą jego taty, a mężczyzna nawet nie jęknął, kiedy
jego głowa odwróciła się.
Zimny
trup.
Carson
wpatrywał się w niego, unosząc rękę, by wytrzeć krew, która wypłynęła mu z nosa
i z ust.
Potem
splunął na niego.
Miał
dwa miesiące do ukończenia osiemnastego roku życia. Więcej niż od ukończenia
szkoły.
Ale
pieprzyć to.
Nadszedł
czas, by wyjechać.
Nigdy
nie podniósł ręki na swojego ojca, ale dzisiejszy wieczór był zły.
Mężczyzna
był wściekły. Piekielnie wściekły z powodu nowej plamy oleju na podłodze
garażu.
Ich
dom był stary. Na podłodze garażu było tyle plam, że aż dziw, że jego stary
zauważył nową.
Ale
zrobił i stracił opanowanie.
I
po raz pierwszy Carson też to zrobił.
Więc
skończył.
Carson
miał zniknąć.
Więc
nie uzyskał dyplomu.
Gówno
się stało.
Poszedł
do łazienki i umył się. Potem poszedł do swojej sypialni, przebrał się z
zakrwawionej koszulki w czystą i chwycił swoją torbę. Wrzucił do niej wszystko,
co mógł. Potem poszedł do klimatyzatora w oknie, zdjął obudowę i złapał
zaoszczędzone pieniądze i listy, które napisał, przygotowując się na dzień, w
którym byłby wolny. Wziął to i wszystko, co cokolwiek znaczyło ze swojego
pokoju (nie było tego zbyt wiele).
Skończywszy,
przeszedł po domu i złapał wszystko, co mógł, co było coś warte, łącznie z
dzbanem na drobne, który zawsze napełniał jego ojciec. Opróżnił nawet portfel
ojca.
Włożył
wszystko do samochodu, który kupił za pięćset dolarów, a Linus pomógł mu go
naprawić. Następnie podszedł do skrzynki pocztowej Linusa i wcisnął swój list.
Poszedł na drugą stronę ulicy, do pani Heely, wepchnął jej list do jej skrzynki.
Gotowy,
wsiadł do samochodu.
Miał
jeszcze jedną rzecz do zrobienia przed wyjazdem i zamierzał to zrobić.
Pojechał
do Szwedzkiego Centrum Medycznego.
Wiedział,
dlaczego nie wytrzymał się z tatą. Pan Robinson był tego dnia poza domem i
rozeszły się wieści. Nie powinny. To nie była sprawa niczyja. Ale tak się
stało.
Mężczyzna
dzień wcześniej stracił dziecko. Jego żona w ciąży urodziła martwe dziecko.
A
Carson uważał, że to było do dupy. To było do dupy tak ogromnie, że nie mógł
wyrzucić tego z głowy.
To
nie powinno przytrafić się nikomu, ale nigdy człowiekowi takiemu jak pan
Robinson. Jeśli plotka była prawdziwa, a on sądził, że tak, to próbowali od
jakiegoś czasu i niczego nie osiągnęli.
I
to było złe. To udowodniło, że wszechświat był popieprzony.
Ponieważ
poza Linusem Carson nie znał mężczyzny, który byłby lepszym ojcem.
Więc
to było gorsze dla pana Robinsona i martwego dzieciaka, którego stracił.
Carson
powinien był wyjść martwy. Dziecko pana Robinsona powinno było wyjść z rykiem,
żeby mogło mieć wszystko, co pan Robinson miał do zaoferowania, a było to wiele.
Poszedł
do szpitala, dowiedział się, gdzie robili te rzeczy z dzieckiem, a zajęło to
trochę czasu – pielęgniarki, lekarze i inni ludzie, którzy patrzyli na niego,
gdy kręcił się w pobliżu – ale w końcu zobaczył, jak pan Robinson wychodzi z
pokoju. Miał spuszczoną głowę. Nawet jeśli Carson nie mógł w pełni zobaczyć
jego twarzy, nadal widział, że mężczyzna wyglądał na zniszczonego.
Carson
zacisnął zęby.
Nagle
pan Robinson podniósł głowę. Zatrzymał się jak martwy w holu, kiedy zobaczył
Carsona.
Carson
włożył wszystko w twarz. Wszystko, co czuł do mężczyzny. Wszystko, co czuł do
martwego dzieciaka tego mężczyzny, który przez całe życie nie wiedziałby, jakie
miał cholerne szczęście, że miał nasienie, które go uczyniło.
Potem
podniósł rękę, dłonią do góry, i trzymał ją tak.
Pan
Robinson nie poruszył się, z wyjątkiem podniesienia ręki w ten sam sposób.
Ale
Carson zauważył, że miał mokre oczy.
Dał
mu to. Z jakimkolwiek mężczyzną przed nim, Carson pomyślałby, że to było słabe,
ponieważ jego ojciec nauczył go dawno temu, jak słaby jest płacz mężczyzny.
Miał
siedem lat, kiedy nauczył się tej lekcji, lekcji dostarczanej przy zapalonym
papierosie.
To
nie był pierwszy ani ostatni raz, kiedy jego ojciec użył tej metody, by dać mu lekcję,
ale od tamtej pory nawet się nie rozpłakał.
Ale
pan Robinson sprawił, że było inaczej.
Sprawił,
że było silne.
Carson
skinął głową, opuścił rękę, odwrócił się na pięcie i odszedł.
*****
Na
szpitalnym parkingu otwierał drzwi do swojego samochodu, dziękując Chrystusowi,
że dostał fałszywy dowód tożsamości, co oznaczało, że mógł wynająć pokój
hotelowy, kiedy usłyszał znajomy kobiecy głos mówiący - „Carson?”
Jego
ciało zesztywniało, wszystko oprócz głowy, która się obracała.
I
zobaczył Carissę Teodoro idącą w jego stronę.
Śliczna
mała spódniczka. Śliczny mały top. Śliczny mały sweterek. Śliczne małe botki.
Rajstopy na szczupłych nogach. Miodowe loki podskakujące na jej ramionach. Oczy
skierowane prosto na niego.
Ale
w chwili, gdy spojrzała na jego twarz, podbiegła do niego, zatrzymując się po
przeciwnej stronie jego drzwi.
„O
mój Boże!” - krzyknęła - „Wszystko w porządku?”
Nie
ona.
Każdy
mógł go takim zobaczyć, ale nie ona.
Na
korytarzach, po tym, jak jego tata go zaatakował, on jej unikał.
Pomijał
zajęcia, które mieli razem.
Ale
oto tam była.
Kurwa.
Kiedy
nic nie powiedział, zapytała - „Czy ty…?” - spojrzała na szpital, a potem na
niego - „Idziesz by cię obejrzeli?”
„Już
tam byłem” – skłamał - „Jest okej”.
„Jesteś
pewien?” - trzymała się go - „Wyglądasz, jakbyś potrzebował okładu z lodu”.
„Tak”
– powiedział jej zgodnie z prawdą.
„Nie
dali ci?”
Znowu
skłamał - „Wezmę, kiedy wrócę do domu”.
Patrzyła
na niego i miał dziwne przeczucie, że wiedziała, że kłamie.
To
nie tak, że nie rozmawiali.
Mówiła
„hej”, ilekroć napotkała jego wzrok.
Potknęła
się ze schodów, kiedy była na drugim roku, a on był blisko, więc ją złapał.
Roześmiała się, powiedziała mu, że jest niezdarą i podziękowała mu za
uratowanie jej przed uderzeniem głową. W zamian powiedział jej, że to żaden
problem, po czym odszedł.
Mieli
kiedyś nauczycielkę na zastępstwie, która była roztrzepana i ciągle upuszczała
kredę, a Carissa złapała jego wzrok w klasie i przewróciła oczami.
Stała
też przed nim w kolejce do cukierni Dairy Queen ze swoim tatą, kiedy był tam, by
kupić pani Heely gorący deser lodowy z masą krówkową, i powiedziała, że te
cukiernie z Reese’s Pieces i kubkami były
bombą.
Było
tego więcej, ale nie wystarczyło, żeby wiedziała, że kłamał.
Mimo
to tak i wiedział o tym, kiedy zapytała - „Czy na pewno wszystko w porządku?” -
i wiedział, że nie pytała o jego twarz.
„Słyszałaś
o panu Robinsonie?”
Słyszała.
Zobaczył, jak przesuwa się po jej wyrazie twarzy. Jej oczywiste cierpienie
dziwnie czyniło ją jeszcze ładniejszą.
„Tak”
– powiedziała cicho - „Do bani. Jest niesamowity. Byłby takim dobrym ojcem”.
„Tak”
– zgodził się.
„Więc
jesteś zdenerwowany z tego powodu?” - zapytała.
„Kto
by nie był?” - zapytał w odpowiedzi.
„Nikt”
– mruknęła, wciąż na niego patrząc.
Całkowicie
mu nie wierzyła. Było coś więcej, ale nie umiał tego nazwać.
„Wszystko
w porządku, Carisso” – powiedział stanowczo.
„Skoro
tak mówisz” – odparła z powątpiewaniem.
Jej
oczy powędrowały do jego samochodu. Otworzyła usta, ale zamknęła je i spojrzała
na jego samochód.
Odwrócił
głowę i zobaczył to, co ona widziała. Jego torba. Jego rzeczy. Gówno z jego
domu.
Spojrzał
na nią w samą porę, by zacisnęła dłoń na jego, która spoczywała na otwartych
drzwiach samochodu, najwyraźniej nie dbając o to, że jego knykcie były podarte
i zakrwawione.
„Carson”
– szepnęła, ale nic więcej nie powiedziała.
„Wszystko
w porządku, Carissa” – stwierdził i wyszło to stanowczo, ale też szorstko.
Ponieważ
go dotykała.
Boże,
tylko jej dłoń na jego, a czuł się dobrze.
„Nigdy
nie było w porządku” – zaszokowała go, mówiąc. Mówiła cicho, ale wiedział, że
to też złość. Jej dłoń ścisnęła jego ostrożnie - „Ale będzie”.
„Tak”
– burknął, czując za dużo, za bardzo. Jej dotyk. Ona będąca tak blisko.
Świadomość, że zwróciła na niego uwagę, tak jak on na nią. Ciepło w jej oczach
zmieszane z gniewem i współczuciem.
Nie
było w nich litości.
Wiedział,
dlaczego tak to czuła. Jej matka była chora. Podjęto jakieś leczenie, które nie
działało. Wszyscy o tym mówili.
Nie
wyglądało to dobrze.
Straciła
siostrę.
Miała
stracić matkę.
I
nadal kibicowała swojej drużynie do zwycięstwa, broniła go przed swoimi sukami,
była najpopularniejszą dziewczyną w szkole, spotykając się z najpopularniejszym
facetem (który nadal był kutasem i nie zasługiwał na nią), została królową
balów z wielkimi uśmiechami i była miła dla wszystkich.
Nie
czuła litości. Wiele przeżyła.
Czuła
coś innego, ponieważ dostała to tak jak on.
Rozumiała,
że życie może być naprawdę do dupy.
I
to coś innego mu się podobało.
Z
drugiej strony podobało mu się wszystko w Carissie Teodoro.
„Dobre
rzeczy dla ciebie, Carson” – powiedziała, lekko przechylając głowę w stronę
jego samochodu, mówiąc mu, że ma jej wsparcie. Mówiąc mu, że zgadza się z tym,
co robił. Mówiąc mu, że nie sądziła, że był słaby. Żałosny. Nieudacznik.
Kiepski. Mówiąc mu, że myślała zupełnie inaczej - „Dobre rzeczy. Dobre życie.
Piękne życie. Otrzymasz to. Ja to wiem. Bo na to zasługujesz”.
Nie
wiedząc, co jeszcze powiedzieć, wymamrotał - „Dzięki”.
„Odbieram
mamę, ale po tym, jak ją podrzucę do domu, chcesz… to znaczy, spieszysz się?”
Po
zapytaniu, uśmiechnęła się do niego.
Jego
świat się skończył.
Właśnie
tam jego świat się skończył. Ponieważ nie było nic lepszego od Carissy Teodoro
stojącej o krok od niego z ciepłą dłonią na jego dłoni, uśmiechającej się do
niego.
Nic.
„Możemy
iść do cukierni, zanim wyjedziesz” – zakończyła.
„Muszę
dostać się tam, gdzie idę”.
To
go zabiło, ale to była jego odpowiedź.
To
dlatego, że nie była jego.
Była
złota. Nic jej nie pokonało. Uśmiechała się przez ból i sprawiała, że w to wierzyłeś.
On
właśnie kopnął ojca w twarz po tym, jak go sprał, bo skończył z obrywaniem w
tyłek za cokolwiek, a tym bardziej za coś tak głupiego jak plama oleju na
podłodze garażu.
To
było jego życie. To był on.
Oznaczało
to, że nie miał interesu, by iść do cukierni z Carissą Teodoro.
Nie
potrzebowała ciemności, która gromadziła się w nim i była coraz większa z
każdym dniem. Musiał walczyć z ciemnością, żeby go nie ogarnęła.
Ona
musiała pozostać złota.
A
Carson Steele nie miał pojęcia w tym momencie, gdy ogarnęła go ciemność, że
odrzucając tę zamieć, popełnił największy błąd w swoim życiu.
I
zmienił przebieg jej życia w taki sposób, że wykrwawiłby się, żeby to
zatrzymać. Krwawiłby, aż byłby suchy, żeby mogła mieć lepiej.
W
tym momencie na parkingu pod szpitalem była rozczarowana. Nie ukrywała tego.
Ale
ona mocniej zacisnęła palce na jego palcach i pochyliła się do niego.
Pachniała
kwiatami.
„Okej,
Carson” – powiedziała cicho - „Idź po swoje piękne życie”.
Odchrząknął,
wyciągnął rękę spod jej i wymamrotał - „Zrobi się”.
Jej
uśmiech pogłębił się.
Potem
udowodniła, że się mylił.
Jego
świat nie skończył się minutę wcześniej.
Skończył
się wtedy, kiedy pochyliła się, wspięła się na palcach, podniosła rękę, by
owinąć ją na jego ramieniu, gdy sięgnęła wysoko, by dotknąć ustami jego
policzka.
Stał
bez ruchu.
„Później”
– szepnęła mu do ucha, puściła go i odwróciła się. Patrzył nieruchomo, jak
robiła to, co robiła, czyli szła kołysząc się, a jej spódnica podskakiwała z
boku na bok, jej włosy kołysały się, tak pełna energii i życia, nawet po
stracie siostry, nawet podczas utraty matki, nie mogła po prostu stawiać jedną
nogę przed drugą, jak normalni ludzie.
Obserwował
ją, dopóki nie zniknęła na klatce schodowej.
Potem
zmienił plany.
Nie
pojechał prosto do Denver.
Spał
w swoim samochodzie. Następnego dnia poszedł do szkoły, a zrobił to późno, więc
szedł pustymi korytarzami, kiedy kierował się prosto do szafki Carissy Teodoro.
W
końcu otworzył jej zamek i położył kopertę z jej imieniem z przodu, opartą na
jej książkach.
Po
tym, jak to zrobił, odszedł.
Był
w niej jeden z jego szkiców. Jego ulubiony, ponieważ miała odrzuconą głowę do
tyłu i śmiała się.
Na
odwrocie napisał - „Ty też będziesz miał piękne życie. Ponieważ na to
zasługujesz”.
Nie
podpisał tego.
*****
Kiedy
Carissa Teodoro otworzyła swoją szafkę i zobaczyła kopertę, wiedziała
dokładnie, od kogo pochodziła.
I
to sprawiło, że się uśmiechnęła.
Ponieważ
głęboko w głębi serca wierzyła, że uroczy, tajemniczy, inteligentny, słodki
Carson Steele miał rację.
Miała
mieć piękne życie.
Utraciła
siostrę. Znosiła żałobę rodziców.
Patrzyła,
jak jej matka znika.
Zasłużyła
na to.
Nie
miało znaczenia, czy to zrobiła, będzie na to pracować.
I
zamierzała je zdobyć.
Ale
nie powiedziała nikomu, ani jednej duszy, że tak naprawdę nie chce tego z
Aaronem.
Był
wspaniały i w ogóle, ale kiedy to się stało, naprawdę się stało, chciała tego z
kimś takim jak Carson Steele.
Kimś,
kto też na to zasłużył.
Nie,
nikomu by tego nie powiedziała.
Ponieważ
w rzeczywistości nie chciała tego z kimś takim jak Carson Steele.
Po
prostu chciała tego z Carsonem.
Naszkicował
ją.
Nawet
gdy jej mama była tak chora, a on uciekł (wiedziała i martwiła się o niego, ale
cieszyła się, że w końcu uciekł), to sprawiło, że była szczęśliwa.
Bo
to dużo mówiło.
Mówiło,
że może pewnego dnia wróci.
I
wtedy to się stanie.
*****
Była
w bardzo, bardzo dużym błędzie.
no to ja się już wciągnęłam <3
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń