środa, 10 sierpnia 2022

PROLOG - Pozostań złota (cz2)

  

PROLOG

Pozostań złota (cz2)

 

*****

„Na chwileczkę, Carson” - zawołał pan Robinson, gdy wszyscy wyszli z jego klasy.

To była ostatnia lekcja. Dobrze byłoby wrócić do domu. Nie chciał wracać do domu, ale to było lepsze niż bycie w szkole. Nienawidził szkoły. Dzwonki mówiące mu, gdzie ma iść dalej. Nauczyciele mówiący mu, co (jak myśleli) będzie robił, kiedy wróci do domu. Zasady dotyczące tego, w co możesz się ubrać, co możesz powiedzieć, gdzie możesz być, jak możesz się zachowywać.

Całkowicie tego nienawidził.

Mimo to pan Robinson był gównem. On sprawiał, że lekcja była zabawna. Lubił nauczanie i nie obchodziło go, że wszyscy o tym wiedzieli.

Połowa dziewczyn podkochiwała się w nim.

Połowa chłopców chciała zostać nauczycielami historii, kiedy dorosną.

Carson, ponieważ lubił tego faceta, podszedł do jego biurka.

„Tak?”

Gdy Carson szedł do biurka, pan Robinson wstał i obszedł je. To był kolejny sposób, w jaki był fajny. Nie siedział za biurkiem jak kutas z jakimś autorytetem i panującym nad tobą w ten sposób. Nie stał też za nim, jakby musiał mieć biurko między nim a uczniem, żeby nie zarazić się licealistą nieudacznikiem.

Zbliżał się. Człowiek z człowiekiem.

Szacunek.

Tak, Carson go lubił.

„Wszystko dobrze?” – zapytał pan Robinson, kiedy zatrzymał się blisko, ale nie za blisko. Przyjaźnie.

Naturalnie.

„Tak” – odpowiedział Carson, nie pytając, dlaczego zapytał, bo miał siniaka na policzku i skroni, więc wiedział, dlaczego pan Robinson zapytał.

Carson nie ukrywał tego. Nigdy tego nie ukrywał. Wszyscy to widzieli.

Zawsze tak było.

Tak naprawdę go to nie obchodziło. Na razie to było jego życie.

A potem wyjedzie.

Ale tylko pan Robinson by to wyciągnął. Szkoła zaczęła się ponad miesiąc temu, po raz pierwszy miał lekcje u pana Robinsona, a mężczyzna od jakiegoś czasu przyglądał mu się.

Carson wiedział od razu, że nauczyciel skończył z samym patrzeniem.

Pan Robinson oparł biodro o biurko i przyłożył pięść do drugiego. Następnie skinął brodą na twarz Carsona i ściszył głos.

„Wygląda na to, że ostatnio coś ci się pogorszyło.”

„Wszystko w porządku” – skłamał Carson.

Pan Robinson rzucił mu długie spojrzenie, zanim westchnął.

Potem powiedział: „Rozmawiałem z niektórymi z twoich nauczycieli”.

Carson nic nie powiedział.

„Twoje oceny są dobre, Carson, bardzo dobre. Zwłaszcza jak na dzieciaka, który tylko przez połowę czasu odrabia pracę domową”.

Carson też nie miał na to odpowiedzi.

„Jakbyś oddawał ją częściej, byłbyś w pierwszej dziesiątce” – powiedział pan Robinson.

Carson nie był zainteresowany pierwszą dziesiątką.

Interesowało go oszczędzanie na samochód, a potem oszczędzanie każdego grosza, jaki mógł zarobić, a w chwili, gdy skończyłby osiemnaście lat, wydostał się z Dodge’a.

Coś przesunęło się przez twarz pana Robinsona, kiedy Carson nie odpowiedział. To było coś, czego Carson nigdy wcześniej nie widział. Nie znał tego, więc nie mógł zablokować. To mógł być żal. To mógł być smutek. To mogła być frustracja. Cokolwiek to było, sprawiało, że Carsonowi było jednocześnie ciepło i zimno.

„Jesteś wyjątkowo bystry” – powiedział cicho pan Robinson.

„Dzięki” – odparł słabo Carson.

„Uczę od siedmiu lat i ani razu nie spotkałem ucznia z twoimi możliwościami”.

Co?

Nie zapytał, ale pan Robinson mu powiedział.

„Myślisz obiema półkulami swojego mózgu. Jesteś świetny w liczeniu. Wyróżniasz się w sztuce. Jesteś świetny w chemii. Jesteś świetny w trygonometrii. I wyróżniasz się w historii. Robisz to po prostu przez zwracanie uwagi na zajęciach i podejmowanie gównianej próby nauki, kiedy jesteś w domu”.

Carson był trochę zszokowany, że mężczyzna użył słowa gównianej, ale to tylko podniosło jego czynnik fajności.

„Nie ma w tobie lęku przed testem” – ciągnął pan Robinson - „Twoi nauczyciele zauważyli, że zwracasz baczną uwagę i robisz obszerne notatki w klasie. Kiedy tam jesteś, jesteś tam. Mamy ciebie. Całkowicie. Zastanawiam się, jeśli byś się przyłożył, co to mogłoby oznaczać”.

„Niewiele i nie musi, ponieważ wszystkim czym będę to mechanikiem” – powiedział Carson.

„Mam problem z »wszystkim, czym będziesz«, Carson. Mechanik to godny zawód” – odparł natychmiast pan Robinson - „Chociaż nie jest łatwy. Aby zostać mechanikiem, trzeba się uczyć”.

„Wiem o tym” - mruknął Carson.

„Tak sądzę. A jeśli tego chcesz, będziesz dobrym mechanikiem. Ale szkoda by było, gdybyś był mechanikiem, gdy miałeś w głowie projektowanie samochodów, konstruowanie ich. Aby lepiej manewrowały. Były bezpieczniejsze. Lub używały różne formy paliwa”.

„Nie mam tego w sobie, panie Robinson” – powiedział Carson prawdę.

„Skąd miałbyś wiedzieć?” - Pan Robinson odpalił.

Carson czuł, że jego ciało stało się nieruchome.

„Zazwyczaj u uczniów w twoim wieku nauczyciele widzą, w jakim kierunku idą uczniowie” – kontynuował Robinson - „Do czego mają uzdolnienia. Języki. Sztuka. Nauki ścisłe. Matematyka. Komputery. Umiejętności manualne, które są nie mniej godne podziwu niż wszystkie pozostałe. Niektórzy mogą wykazywać ukierunkowanie do kilku z nich. Nigdy nie spotkałem ucznia, który wykazuje uzdolnienia do nich wszystkich”.

Carson potrząsnął głową, nie rozumiejąc, dlaczego facet mówi o tym gównie. – „Nie ma we mnie nic specjalnego, panie Robinson. Po prostu jestem dzieciakiem, który lubi historię”.

– Nie, można by pomyśleć, że ten, kto robi ci siniaki na twarzy lub każe ci powoli siadać przy biurku, bo bolą cię żebra, sprawia, że wierzysz, że nic w tobie nie jest wyjątkowe, Carson. Ale prawda jest taka, że bardzo się myli, podobnie jak ty”.

Chciał, żeby było dobre uczucie.

Ale to nie on się mylił.

Pan Robinson się mylił.

Lubił tego faceta. Szanował go.

Ale nie będą rozmawiali o tym.

„Skończyliśmy to?” – zapytał Carson i obserwował, jak nauczyciel szarpie głową.

„Carson…”

„Lubię, że pan się przyjmuje, ale to nie pańska sprawa”.

„Car…”

„Więc skończyliśmy?”

Pan Robinson zamknął usta.

Zajęło mu kilka uderzeń serca, zanim otworzył je ponownie, by powiedzieć - „Jeśli kiedykolwiek będziesz musiał z kimś porozmawiać, jestem tutaj”.

„Bez obrazy, pańskie lekcje są super, jest pan najlepszym nauczycielem w szkole, wszyscy tak myślą, ale nie wstrzymywałbym oddechu.”

„Szkoda, Carson, bo mogę pomóc”.

Okej, to wystarczyło.

„Tak?” – zapytał ostro - „Czy może dać mi pan mamę, która przejęła by się na tyle, żeby być blisko wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak zaczynam raczkować?” – zapytał Carson.

Usta pana Robinsona zacisnęły się - „Ja…”

„Albo da mi pan tatę, który nie był w porządku z tym, że zostawiał mnie o ósmej, żebym wyjść i zarwać kogoś, żeby sąsiadka musiała przynosić mi coś, żebym jadł?”

Twarz pana Robinsona zmieniła się w kamień - „Dokładnie o tym mówię”.

„Mam szesnaście, prawie siedemnaście lat, niecałe dwa lata muszę czekać, panie Robinson. Długo czekałem na wolność, teraz chce pan to dla mnie spieprzyć?”

„Gdybyśmy porozmawiali z dyrektorem…”

„I co? I umieści mnie w rodzinie zastępczej? Sprawi, żeby mój tata był na mnie wkurzony za coś więcej niż tylko za to, że oddycham?” - Znowu potrząsnął głową - „Jak to gówno wyjdzie na jaw, sprawi, że wszystkie dzieci będą się nade mną litować lub powiedzą mi frazesy, co nie poszłoby zbyt dobrze, więc inne gówno upadłoby, a ja zostałbym zawieszony lub wydalony. Kiedy to się skończy i odejdę, nie będę miał wiele, ale jak utrzymam się swojego planu, przynajmniej będę miał dyplom.”

„Widzę, że to przemyślałeś” – zauważył mężczyzna.

„Jedyna rzecz, o której myślałem, odkąd skończyłem osiem lat”.

To i Carissa Teodoro. Ale ona nie weszła mu do głowy, dopóki nie skończył trzynastu lat.

Pan Robinson zamknął oczy.

Czuł to. Nie podobało mu się to.

Carson nie mógł mu pomóc.

Musiał skupić się na pomaganiu sobie.

„Dam radę” – oświadczył Carson, a nauczyciel otworzył oczy - „Mam sąsiadów, którzy się o mnie troszczą, więc nie jest tak źle, jak pan myśli. Znaczy dużo, że pana to obchodzi, ale mam to pod kontrolą”.

„Więc jeśli nic z tego nie bierzesz, weź z tego, że masz nauczyciela, który troszczy się i będzie się o ciebie troszczył. Nie tylko ja, wszyscy w ciebie wierzymy, Carson. Więc jeśli nie weźmiesz z tego niczego prócz tamtego, to mnie nie uszczęśliwi, ale to będzie coś”.

„To też wiele znaczy” – odparł Carson dziwnym głosem, grubym i szorstkim, który przypominał to, co czuł w brzuchu.

Podczas gdy Carson czuł to i nie rozumiał, zanim to namierzył, pan Robinson zanurkował, by zabić.

„Pewnego dnia, Carsonie Steele, będziesz wspaniałym mężczyzną. Nie wiem, jak to się stanie. Możesz być prezydentem. Mógłbyś zwalczyć chorobę. Możesz też zostać mistrzem mechanikiem, który buduje niesamowite samochody. Ale cokolwiek to będzie, stanie się. Wierzę w to. I pewnego dnia zobaczysz to, czego cię nauczono, i też w to uwierzysz”.

Carson nie podzielił się tym, że prawdopodobnie w tej sprawie też nie powinien wstrzymywać oddechu.

Z drugiej strony nie mógł. Gęstość w jego wnętrznościach rosła, wypełniając go, jakby zjadł za dużo, ale nie w sposób, który sprawiał, że musiał by rzygnąć. W sposób, który sprawił, że chciał się odciążyć, usiąść wygodnie i po prostu poczuć dobro.

Ponieważ to było wszystko, co miał w sobie, po prostu znowu wymamrotał - „Dzięki”.

„Przyjemność po mojej stronie” - mruknął w odpowiedzi pan Robinson.

Carson podszedł do drzwi.

„Carson?” - pan Robinson zawołał, kiedy już prawie wyszedł z sali.

Biorąc głęboki oddech, odwrócił się.

„Nie zapomnij tej rozmowy” – polecił nauczyciel.

„Niczego z niej”.

Jakby kiedykolwiek mógł to zrobić.

„Jasne” – potwierdził.

Potem, najszybciej jak mógł, wystartował.

*****

Carson stał plecami do słupa na dole trybun na boisku footballu liceum. Robił to, słuchając grupy dziewcząt siedzących nad nim.

Nie miały pojęcia, że on tam był.

To był mecz footballu pierwszoroczniaków. Jedna z głupich, sukowych dziewczyn Carissy miała brata, który w nim grał.

Ale nie były tam, żeby oglądać grę brata. Były tam, żeby mówić wredne śmieci o pierwszorocznych cheerleaderkach.

Wszystkie z wyjątkiem Carissy. Nie mówiła dużo. Często się uśmiechała. Wiwatowała, kopała i robiła przewroty lepiej niż którakolwiek z pozostałych. Ale nie była gadułą.

Ale teraz jej przyjaciółki przestały wydziwiać na temat cheerleaderek.

Teraz rozmawiali o nim.

„Wejdę w to. Jenessa powiedziała, że wstrząsnął jej światem” – wypluła Brittney.

„Poszłabym tam tylko dlatego, że jest gorący” – oświadczyła Theresa.

„Boże, on nosi dżinsy lepiej niż jakikolwiek facet w szkole”.

„Jesteście obrzydliwe. Jest totalnym przegranym” – stwierdziła Marley – „Prawie nic nie mówi. Po prostu wędruje po szkole, rozmyślając. Nie ma żadnych przyjaciół. Nie trzyma się nawet ćpunów ani kapturów. I całkowicie wie, jaki jest gorący i używa tego, aby dostać się do spodni dziewczyn. To żałosne”.

„Nie zamierzam się z nim umawiać, po prostu dam się mu przelecieć” – odpowiedziała Brittney - „Mój tata dostałby zawału, gdybym przyprowadziła do domu kogoś takiego jak Carson Steele. Założyłby mi, jak… pas cnoty czy coś w tym rodzaju”.

Fura chichotów.

Carson odchylił głowę i spojrzał przez trybuny.

Wszystkie dziewczyny były zwrócone do siebie, nie zwracając uwagi na grę, ale Carissa była pochylona do przodu, z łokciami na kolanach, oczami skierowanymi na boisko, z zamkniętymi ustami.

Nawet się nie uśmiechała. Zdecydowanie nie chichotała. A pełna wdzięku linia jej szczęki była dość twarda.

Kurwa, ale była ładna.

„Jenessa powiedziała, że on…” – Theresa ściszyła głos, ale niewiele – „zszedł na nią. Znaczy się wsadził usta między jej nogi i wszystko!”

„Całkowicie obrzydliwe” – mruknęła Marley.

„O nieeeee” – odparła Brittney - „Boże, zapłaciłabym mu, żeby na mnie zszedł”.

„Wziąłby twoje pieniądze, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie mógłby je wykorzystać” – powiedziała jej Marley - „Czy facet może nosić coś innego niż dżinsy i T-shirty?”

„Dam mu pieniądze, jeśli on mi to da i to da mi dobrze, a potem pójdzie w swoją stronę” – odpaliła Brittney.

„Myślę, że już dało się to zauważyć na dżinsach, ale Marl, poważnie, byłoby przestępstwem założyć cokolwiek na to gorące ciało poza jedną z jego obcisłych koszulek. Rozrosły” -  ostatnie słowo z ust Theresy było jak oddech.

„Wiecie, on jest osobą” – wtrąciła Carissa.

„Co?” – spytała Theresa.

„Carson Steele. Jest osobą” – oznajmiła Carissa.

„Tak. Osoba o sile męskiej perswazji, o której Jenessa mówi, że ma naprawdę dużego kutasa” – odpowiedziała Brittney chichotem, który spotkał się z chichotem Theresy.

„Jestem pewna” – powiedziała chłodno Carissa - „Jest też naprawdę mądry. Zawsze jest wybierany do Zespołu Burza Mózgów, gdy pan Robinson gra to w swojej klasie. Wie wszystko o historii, więc nikt go nie pobije. I może nie ma dużo, ale ma też pracę, więc nie odziedziczył samych złych cech. Przynajmniej tak mówi mój tata. A Theo i jego palanci byli podli dla tego dzieciaka z całym tym okropnym trądzikiem, a Carson podszedł do nich, skrzyżował ręce na piersi i rozproszyli się. Nie powiedział ani słowa i wystartowali. To było fajne i fajna rzecz do zrobienia. A Theo i jego przyjaciele nie robią już takich rzeczy, jeśli Carson jest w pobliżu”.

„Czy Aaron wie, że podkochujesz się w Carsonie Steele?” – spytała gorzko Brittney.

„Nie podkochuję się w nim” – odparła ostro Carissa, a Carson poczuł, jak zaciska mu się żołądek - „Po prostu myślę, że to miły facet. I nie zasługuje, żeby jakaś dziewczyna udawała, że podkochuje się w nim, tylko po to, żeby dostać się do jego spodni. Jest osobą. Ma uczucia. A gdybyś to zrobiła, Britt, to nie byłoby fajne”.

„Porządnisia” – mruknęła Brittney.

„Może, ale wolę być taka niż złośliwa” – odparła natychmiast Carissa.

„W porządku, uspokój się, nie zagram Carsona Steele” – odparła Brittney.

Carissa nic nie powiedziała. Spojrzała z powrotem na boisko.

„Potrzebuję coli” - zadekretowała Theresa w pełnej napięcia ciszy - „Czy ktoś jeszcze potrzebuje coli?”

„Cola? Oszalałaś? W Coli jest więcej kalorii niż w kawałku ciasta czekoladowego” – stwierdziła Marley.

„To nieprawda” – odpowiedziała Theresa.

„Pójdę. Wezmę dietetyczną. Ktokolwiek?” – spytała Brittney, wstając z trybuny.

„Mógłabym przejść na dietetyczną” – powiedziała Marley.

Wszyscy wstali, z wyjątkiem Carissy.

„Rissie? Chcesz iść?” – spytała Theresa.

„Zostanę tutaj, zachowam miejsca”.

Carson spojrzał na resztę trybun. Nie były nawet w połowie pełne, a w pobliżu tej grupy suk nie było nikogo.

„W porządku” – powiedziała cicho Theresa.

„Nieważne” – mruknęła Marley.

Wystartowały.

Carissa została.

Patrzył, jak pochylała się bardziej do przodu i położyła szczękę w dłoni, i patrzyła na boisko.

Zastanawiał się, czy myślała o nim.

Pomyślał, że nie. Była fajna, miała jego plecy, ale on byłby ostatnią rzeczą, o której myślała.

Przyglądał się jej, żałując, że nie wiedział, o czym myślała.

I kiedy przyglądał się jej, wiedząc, że patrzyła na boisko, ale myślami błądziła gdzieś indziej i nie wyglądała, jakby były na szczęśliwe, nagle przypomniał sobie o jej siostrze.

Wszyscy wiedzieli o siostrze Carissy Teodoro. To było dawno temu, ale to, co się wydarzyło, było tak brzydkie, że nikt nie zapomniał.

Dziwny wypadek. Tragiczny. Nawet jego tata wpadł w szał.

Była małą dziewczynką, jeżdżącą na swoim trójkołowcu po podjeździe. Było trochę ludzi w domu jej rodziców. Nie była to duża impreza, ale wystarczająco duża, by mała dziewczynka się zgubiła. Parę osób wyszło, nikt nie wiedział, że była za samochodem. Nie mogli jej zobaczyć we wstecznym lusterku i przejechali po niej. Zmiażdżyli ją na śmierć. Na jej własnym podjeździe.

Gdyby tak się nie stało, jej siostra byłaby na pierwszym roku. Gdyby poszła w ślady Carissy, byłaby cheerleaderką pierwszego roku.

Pamiętał, jak jego tata o tym mówił. Zapamiętał to, nawet jeśli miał wtedy tylko sześć lat.

To nie było coś, o czym dało się zapomnieć.

Patrząc na nią z dołu, siedzącą tam z miękką twarzą, myślami gdzie indziej, pomyślał, że ona też nie zapomniała i zastanawiał się, czy siedziała na meczu footballu pierwszoklasistów, myśląc, że jej siostra powinna być cheerleaderką. Zastanawiał się, czy myślenie o takich rzeczach ją przygniatało.

I miał nadzieję, że nie, ponieważ nie podobała mu się myśl, że czułaby się przygnieciona.

Nie spuszczając z niej oczu, Carson chciał ją zawołać.

Nie, chciał z nią usiąść. Objąć ją ramieniem. Powiedzieć jej, jak się czuł z tym, że broniła go przed sukami, które były tak sucze, że nie rozumiał, dlaczego nazwała je przyjaciółkami.

Nie zrobił tego.

Usłyszał przesuwający się żwir i odwrócił wzrok od Carissy.

Julie Baum szła pod trybuny z uśmiechem na twarzy.

Spotykali się tam. Randka.

Albo ten rodzaj randki, jakie miewał Carson Steele.

Też nie zamierzała przedstawiać go rodzicom.

Jej rodzice myśleli, że jest na meczu ze swoimi przyjaciółkami. Carson kupiłby jej hamburgera, znalazł miejsce, w którym mógłby ją przelecieć, oddałby ją przyjaciołom, a oni zabraliby ją do domu.

On będzie miał trochę.

Ona też będzie miała.

A potem pewnie by o nim nie myślała, chyba że mogłaby zorganizować kolejne spotkanie, w którym mogłaby go wykorzystać, żeby mieć trochę i nadal robić, co w jej mocy, by przykuć uwagę tego piłkarza. Tego bez szyi, który miał tatę, który był chirurgiem.

Co mu odpowiadało.

To dlatego, że nie licząc piłkarza bez szyi, zrobiłby to samo.

*****

But Carsona zetknął się z twarzą jego taty, a mężczyzna nawet nie jęknął, kiedy jego głowa odwróciła się.

Zimny trup.

Carson wpatrywał się w niego, unosząc rękę, by wytrzeć krew, która wypłynęła mu z nosa i z ust.

Potem splunął na niego.

Miał dwa miesiące do ukończenia osiemnastego roku życia. Więcej niż od ukończenia szkoły.

Ale pieprzyć to.

Nadszedł czas, by wyjechać.

Nigdy nie podniósł ręki na swojego ojca, ale dzisiejszy wieczór był zły.

Mężczyzna był wściekły. Piekielnie wściekły z powodu nowej plamy oleju na podłodze garażu.

Ich dom był stary. Na podłodze garażu było tyle plam, że aż dziw, że jego stary zauważył nową.

Ale zrobił i stracił opanowanie.

I po raz pierwszy Carson też to zrobił.

Więc skończył.

Carson miał zniknąć.

Więc nie uzyskał dyplomu.

Gówno się stało.

Poszedł do łazienki i umył się. Potem poszedł do swojej sypialni, przebrał się z zakrwawionej koszulki w czystą i chwycił swoją torbę. Wrzucił do niej wszystko, co mógł. Potem poszedł do klimatyzatora w oknie, zdjął obudowę i złapał zaoszczędzone pieniądze i listy, które napisał, przygotowując się na dzień, w którym byłby wolny. Wziął to i wszystko, co cokolwiek znaczyło ze swojego pokoju (nie było tego zbyt wiele).

Skończywszy, przeszedł po domu i złapał wszystko, co mógł, co było coś warte, łącznie z dzbanem na drobne, który zawsze napełniał jego ojciec. Opróżnił nawet portfel ojca.

Włożył wszystko do samochodu, który kupił za pięćset dolarów, a Linus pomógł mu go naprawić. Następnie podszedł do skrzynki pocztowej Linusa i wcisnął swój list. Poszedł na drugą stronę ulicy, do pani Heely, wepchnął jej list do jej skrzynki.

Gotowy, wsiadł do samochodu.

Miał jeszcze jedną rzecz do zrobienia przed wyjazdem i zamierzał to zrobić.

Pojechał do Szwedzkiego Centrum Medycznego.

Wiedział, dlaczego nie wytrzymał się z tatą. Pan Robinson był tego dnia poza domem i rozeszły się wieści. Nie powinny. To nie była sprawa niczyja. Ale tak się stało.

Mężczyzna dzień wcześniej stracił dziecko. Jego żona w ciąży urodziła martwe dziecko.

A Carson uważał, że to było do dupy. To było do dupy tak ogromnie, że nie mógł wyrzucić tego z głowy.

To nie powinno przytrafić się nikomu, ale nigdy człowiekowi takiemu jak pan Robinson. Jeśli plotka była prawdziwa, a on sądził, że tak, to próbowali od jakiegoś czasu i niczego nie osiągnęli.

I to było złe. To udowodniło, że wszechświat był popieprzony.

Ponieważ poza Linusem Carson nie znał mężczyzny, który byłby lepszym ojcem.

Więc to było gorsze dla pana Robinsona i martwego dzieciaka, którego stracił.

Carson powinien był wyjść martwy. Dziecko pana Robinsona powinno było wyjść z rykiem, żeby mogło mieć wszystko, co pan Robinson miał do zaoferowania, a było to wiele.

Poszedł do szpitala, dowiedział się, gdzie robili te rzeczy z dzieckiem, a zajęło to trochę czasu – pielęgniarki, lekarze i inni ludzie, którzy patrzyli na niego, gdy kręcił się w pobliżu – ale w końcu zobaczył, jak pan Robinson wychodzi z pokoju. Miał spuszczoną głowę. Nawet jeśli Carson nie mógł w pełni zobaczyć jego twarzy, nadal widział, że mężczyzna wyglądał na zniszczonego.

Carson zacisnął zęby.

Nagle pan Robinson podniósł głowę. Zatrzymał się jak martwy w holu, kiedy zobaczył Carsona.

Carson włożył wszystko w twarz. Wszystko, co czuł do mężczyzny. Wszystko, co czuł do martwego dzieciaka tego mężczyzny, który przez całe życie nie wiedziałby, jakie miał cholerne szczęście, że miał nasienie, które go uczyniło.

Potem podniósł rękę, dłonią do góry, i trzymał ją tak.

Pan Robinson nie poruszył się, z wyjątkiem podniesienia ręki w ten sam sposób.

Ale Carson zauważył, że miał mokre oczy.

Dał mu to. Z jakimkolwiek mężczyzną przed nim, Carson pomyślałby, że to było słabe, ponieważ jego ojciec nauczył go dawno temu, jak słaby jest płacz mężczyzny.

Miał siedem lat, kiedy nauczył się tej lekcji, lekcji dostarczanej przy zapalonym papierosie.

To nie był pierwszy ani ostatni raz, kiedy jego ojciec użył tej metody, by dać mu lekcję, ale od tamtej pory nawet się nie rozpłakał.

Ale pan Robinson sprawił, że było inaczej.

Sprawił, że było silne.

Carson skinął głową, opuścił rękę, odwrócił się na pięcie i odszedł.

*****

Na szpitalnym parkingu otwierał drzwi do swojego samochodu, dziękując Chrystusowi, że dostał fałszywy dowód tożsamości, co oznaczało, że mógł wynająć pokój hotelowy, kiedy usłyszał znajomy kobiecy głos mówiący - „Carson?”

Jego ciało zesztywniało, wszystko oprócz głowy, która się obracała.

I zobaczył Carissę Teodoro idącą w jego stronę.

Śliczna mała spódniczka. Śliczny mały top. Śliczny mały sweterek. Śliczne małe botki. Rajstopy na szczupłych nogach. Miodowe loki podskakujące na jej ramionach. Oczy skierowane prosto na niego.

Ale w chwili, gdy spojrzała na jego twarz, podbiegła do niego, zatrzymując się po przeciwnej stronie jego drzwi.

„O mój Boże!” - krzyknęła - „Wszystko w porządku?”

Nie ona.

Każdy mógł go takim zobaczyć, ale nie ona.

Na korytarzach, po tym, jak jego tata go zaatakował, on jej unikał.

Pomijał zajęcia, które mieli razem.

Ale oto tam była.

Kurwa.

Kiedy nic nie powiedział, zapytała - „Czy ty…?” - spojrzała na szpital, a potem na niego - „Idziesz by cię obejrzeli?”

„Już tam byłem” – skłamał - „Jest okej”.

„Jesteś pewien?” - trzymała się go - „Wyglądasz, jakbyś potrzebował okładu z lodu”.

„Tak” – powiedział jej zgodnie z prawdą.

„Nie dali ci?”

Znowu skłamał - „Wezmę, kiedy wrócę do domu”.

Patrzyła na niego i miał dziwne przeczucie, że wiedziała, że kłamie.

To nie tak, że nie rozmawiali.

Mówiła „hej”, ilekroć napotkała jego wzrok.

Potknęła się ze schodów, kiedy była na drugim roku, a on był blisko, więc ją złapał. Roześmiała się, powiedziała mu, że jest niezdarą i podziękowała mu za uratowanie jej przed uderzeniem głową. W zamian powiedział jej, że to żaden problem, po czym odszedł.

Mieli kiedyś nauczycielkę na zastępstwie, która była roztrzepana i ciągle upuszczała kredę, a Carissa złapała jego wzrok w klasie i przewróciła oczami.

Stała też przed nim w kolejce do cukierni Dairy Queen ze swoim tatą, kiedy był tam, by kupić pani Heely gorący deser lodowy z masą krówkową, i powiedziała, że te cukiernie z Reese’s Pieces i kubkami były bombą.

Było tego więcej, ale nie wystarczyło, żeby wiedziała, że kłamał.

Mimo to tak i wiedział o tym, kiedy zapytała - „Czy na pewno wszystko w porządku?” - i wiedział, że nie pytała o jego twarz.

„Słyszałaś o panu Robinsonie?”

Słyszała. Zobaczył, jak przesuwa się po jej wyrazie twarzy. Jej oczywiste cierpienie dziwnie czyniło ją jeszcze ładniejszą.

„Tak” – powiedziała cicho - „Do bani. Jest niesamowity. Byłby takim dobrym ojcem”.

„Tak” – zgodził się.

„Więc jesteś zdenerwowany z tego powodu?” - zapytała.

„Kto by nie był?” - zapytał w odpowiedzi.

„Nikt” – mruknęła, wciąż na niego patrząc.

Całkowicie mu nie wierzyła. Było coś więcej, ale nie umiał tego nazwać.

„Wszystko w porządku, Carisso” – powiedział stanowczo.

„Skoro tak mówisz” – odparła z powątpiewaniem.

Jej oczy powędrowały do jego samochodu. Otworzyła usta, ale zamknęła je i spojrzała na jego samochód.

Odwrócił głowę i zobaczył to, co ona widziała. Jego torba. Jego rzeczy. Gówno z jego domu.

Spojrzał na nią w samą porę, by zacisnęła dłoń na jego, która spoczywała na otwartych drzwiach samochodu, najwyraźniej nie dbając o to, że jego knykcie były podarte i zakrwawione.

„Carson” – szepnęła, ale nic więcej nie powiedziała.

„Wszystko w porządku, Carissa” – stwierdził i wyszło to stanowczo, ale też szorstko.

Ponieważ go dotykała.

Boże, tylko jej dłoń na jego, a czuł się dobrze.

„Nigdy nie było w porządku” – zaszokowała go, mówiąc. Mówiła cicho, ale wiedział, że to też złość. Jej dłoń ścisnęła jego ostrożnie - „Ale będzie”.

„Tak” – burknął, czując za dużo, za bardzo. Jej dotyk. Ona będąca tak blisko. Świadomość, że zwróciła na niego uwagę, tak jak on na nią. Ciepło w jej oczach zmieszane z gniewem i współczuciem.

Nie było w nich litości.

Wiedział, dlaczego tak to czuła. Jej matka była chora. Podjęto jakieś leczenie, które nie działało. Wszyscy o tym mówili.

Nie wyglądało to dobrze.

Straciła siostrę.

Miała stracić matkę.

I nadal kibicowała swojej drużynie do zwycięstwa, broniła go przed swoimi sukami, była najpopularniejszą dziewczyną w szkole, spotykając się z najpopularniejszym facetem (który nadal był kutasem i nie zasługiwał na nią), została królową balów z wielkimi uśmiechami i była miła dla wszystkich.

Nie czuła litości. Wiele przeżyła.

Czuła coś innego, ponieważ dostała to tak jak on.

Rozumiała, że życie może być naprawdę do dupy.

I to coś innego mu się podobało.

Z drugiej strony podobało mu się wszystko w Carissie Teodoro.

„Dobre rzeczy dla ciebie, Carson” – powiedziała, lekko przechylając głowę w stronę jego samochodu, mówiąc mu, że ma jej wsparcie. Mówiąc mu, że zgadza się z tym, co robił. Mówiąc mu, że nie sądziła, że był słaby. Żałosny. Nieudacznik. Kiepski. Mówiąc mu, że myślała zupełnie inaczej - „Dobre rzeczy. Dobre życie. Piękne życie. Otrzymasz to. Ja to wiem. Bo na to zasługujesz”.

Nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć, wymamrotał - „Dzięki”.

„Odbieram mamę, ale po tym, jak ją podrzucę do domu, chcesz… to znaczy, spieszysz się?”

Po zapytaniu, uśmiechnęła się do niego.

Jego świat się skończył.

Właśnie tam jego świat się skończył. Ponieważ nie było nic lepszego od Carissy Teodoro stojącej o krok od niego z ciepłą dłonią na jego dłoni, uśmiechającej się do niego.

Nic.

„Możemy iść do cukierni, zanim wyjedziesz” – zakończyła.

„Muszę dostać się tam, gdzie idę”.

To go zabiło, ale to była jego odpowiedź.

To dlatego, że nie była jego.

Była złota. Nic jej nie pokonało. Uśmiechała się przez ból i sprawiała, że w to wierzyłeś.

On właśnie kopnął ojca w twarz po tym, jak go sprał, bo skończył z obrywaniem w tyłek za cokolwiek, a tym bardziej za coś tak głupiego jak plama oleju na podłodze garażu.

To było jego życie. To był on.

Oznaczało to, że nie miał interesu, by iść do cukierni z Carissą Teodoro.

Nie potrzebowała ciemności, która gromadziła się w nim i była coraz większa z każdym dniem. Musiał walczyć z ciemnością, żeby go nie ogarnęła.

Ona musiała pozostać złota.

A Carson Steele nie miał pojęcia w tym momencie, gdy ogarnęła go ciemność, że odrzucając tę zamieć, popełnił największy błąd w swoim życiu.

I zmienił przebieg jej życia w taki sposób, że wykrwawiłby się, żeby to zatrzymać. Krwawiłby, aż byłby suchy, żeby mogła mieć lepiej.

W tym momencie na parkingu pod szpitalem była rozczarowana. Nie ukrywała tego.

Ale ona mocniej zacisnęła palce na jego palcach i pochyliła się do niego.

Pachniała kwiatami.

„Okej, Carson” – powiedziała cicho - „Idź po swoje piękne życie”.

Odchrząknął, wyciągnął rękę spod jej i wymamrotał - „Zrobi się”.

Jej uśmiech pogłębił się.

Potem udowodniła, że się mylił.

Jego świat nie skończył się minutę wcześniej.

Skończył się wtedy, kiedy pochyliła się, wspięła się na palcach, podniosła rękę, by owinąć ją na jego ramieniu, gdy sięgnęła wysoko, by dotknąć ustami jego policzka.

Stał bez ruchu.

„Później” – szepnęła mu do ucha, puściła go i odwróciła się. Patrzył nieruchomo, jak robiła to, co robiła, czyli szła kołysząc się, a jej spódnica podskakiwała z boku na bok, jej włosy kołysały się, tak pełna energii i życia, nawet po stracie siostry, nawet podczas utraty matki, nie mogła po prostu stawiać jedną nogę przed drugą, jak normalni ludzie.

Obserwował ją, dopóki nie zniknęła na klatce schodowej.

Potem zmienił plany.

Nie pojechał prosto do Denver.

Spał w swoim samochodzie. Następnego dnia poszedł do szkoły, a zrobił to późno, więc szedł pustymi korytarzami, kiedy kierował się prosto do szafki Carissy Teodoro.

W końcu otworzył jej zamek i położył kopertę z jej imieniem z przodu, opartą na jej książkach.

Po tym, jak to zrobił, odszedł.

Był w niej jeden z jego szkiców. Jego ulubiony, ponieważ miała odrzuconą głowę do tyłu i śmiała się.

Na odwrocie napisał - „Ty też będziesz miał piękne życie. Ponieważ na to zasługujesz”.

Nie podpisał tego.

*****

Kiedy Carissa Teodoro otworzyła swoją szafkę i zobaczyła kopertę, wiedziała dokładnie, od kogo pochodziła.

I to sprawiło, że się uśmiechnęła.

Ponieważ głęboko w głębi serca wierzyła, że uroczy, tajemniczy, inteligentny, słodki Carson Steele miał rację.

Miała mieć piękne życie.

Utraciła siostrę. Znosiła żałobę rodziców.

Patrzyła, jak jej matka znika.

Zasłużyła na to.

Nie miało znaczenia, czy to zrobiła, będzie na to pracować.

I zamierzała je zdobyć.

Ale nie powiedziała nikomu, ani jednej duszy, że tak naprawdę nie chce tego z Aaronem.

Był wspaniały i w ogóle, ale kiedy to się stało, naprawdę się stało, chciała tego z kimś takim jak Carson Steele.

Kimś, kto też na to zasłużył.

Nie, nikomu by tego nie powiedziała.

Ponieważ w rzeczywistości nie chciała tego z kimś takim jak Carson Steele.

Po prostu chciała tego z Carsonem.

Naszkicował ją.

Nawet gdy jej mama była tak chora, a on uciekł (wiedziała i martwiła się o niego, ale cieszyła się, że w końcu uciekł), to sprawiło, że była szczęśliwa.

Bo to dużo mówiło.

Mówiło, że może pewnego dnia wróci.

I wtedy to się stanie.

*****

Była w bardzo, bardzo dużym błędzie.

2 komentarze: